Jesteśmy na miejscu 20 minut przed startem, jest trochę nerwówki, że za późno, błądzimy trochę po drodze. Całkiem sprawnie udaję mi się przygotować, jeszcze szybkie przegrzanie łydy i pakuję się na start. Jeszcze tylko chcę nabić trochę mieszanki azotu, tlenu i innych do opony, pożyczam od kogoś pompkę i extra, wentyl urwany. A za 2 minuty start :(, na gwałt pożyczam od kogoś dętkę. Pakuję ją w stresie do opony, ręce mi się trzęsą, zajmuje mi to za dużo czasu, mleczko się klei. Peleton już wystartował. Są jakieś 20 sekund dalej. Dętka wymieniona, napompowałem tym razem nabojem. Cisnę, w między czasie mijam Bożenę, nie wiem czemu nie biorę od niej zapasowej dętki, o którą poprosiłem. Wyprzedzam poszczególnych zawodników. Jednak powietrza jest coraz mniej, pożyczona dętka okazuję się trefna (albo uszkodziłem ją w chaotycznym zakładaniu). Nie da się już dalej jechać. Wracam , jadąc na flaku – przeklinając i popłakując z wściekłości na zmianę. Dostrzega mnie Pani z obsługi zawodów (kierująca ruchem). Pyta, czy mnie podrzucić. Pakujemy rower do jej auta. Zawozi mnie na start. Dziękuję jej ślicznie. Tam czeka na mnie B. Ma dętkę. Jednak ja nie mam pompki z pasującym wentylem, a C02 zużyte. Na starcie też nie ma nikogo z pompką. Z opuszczonymi skrzydłami idziemy do biura zawodów, gdzie po cichu jeszcze liczę, że uda się coś zadziałać. Nadal niespokojnie, pytam czy mają jakąś pompkę, dają mi taki kompresorek do pompowania materacy. Nic się nie pompuje. Powoli godzę się z porażką, zrezygnowani wychodzimy. Jednak w ostatniej chwili woła Pan, trzyma w ręce pompkę. Tak, nabijam powietrze. Całuję B, co z tego że minęło już 30 minut (czy nawet 40 od startu) – walcz. Jadę ile fabryka dała, po pierwszych 20 minutach dościgam pierwszą turystkę maratonową. Dalej mijam obsługę pomiaru czasu, kibicują mi jak oszalali (mimo deszczu). Długi podjazd, jestem sam. Wyprzedzam koleje osoby. Puszczam hamulce na zjeździe, na jednym z nich się trochę przeliczam, hamowanie nie jest skuteczne przez luźne kamienie na zakręcie. Wypadam z zakrętu. Puszczam rower, przelatuję przez strumień, ląduję na twardym brzegu, wale. Rower spada gdzieś w strumieniu. Jest ostro. Wracam po niego, szybka inspekcja, jest ok. Cisnę dalej, dościgam kolejnych zawodników. Jest niełatwo na podjeździe, ale mimo problemów z trakcją nie zsiadam z roweru. Odczuwam zimno, za chwilę pada grad, uderza całkiem mocno. Czuję się wolny. Ścinam zakręt, kolejni zawodnicy wyprzedzeni, jednak trasa mnie trochę zawodzi. Jak na standardy strefy jest nudna

fot. Marek Stańko

. Coraz więcej zawodników, końcówka trasy staję się ciekawsza, ostre zjazdy, fragmenty sztucznie usypane xc. Fajnie, daję z siebie ile fabryka dała. Jest super. Mijam kibicującą Bożenę, wiatr w żagle, próbuję prześcignąć jednego zawodnika, zapominam o tym, że przecież mogą być tutaj jakieś przeszkody i jest, sążny wyskok, piękny lot został uwieczniony na matrycy fotografa. Jeszcze tylko ostatni zjazd (bardzo stromy i kończący się zakrętem pod kątem prostym), wystraszyłem trochę kibiców zjeżdżając ostro i odbiór medalu… za walkę pomimo.

 

 

Statsy:
awarie: urwany wentyl na 2 minuty przed startem, przebicie dętki podczas jej zakładania
kraksy:  wylecenie z zakrętu + lot nad strumieniem
podjazdy: 841 m
dystans: 26,84 km
czas: 02:08:12
miejsce (open): 29 (123)

Facebook Comments