…wyprawa już za nami. Poza kapitalnymi wspomnieniami i jeszcze lepszymi przyjaciółmi, z którymi spędziłem ten super (trudny) czas, pozostały spuchnięte nogi. Uda dużo większe niż rok temu, „czwórki” jak małe arbuzy. Kup teraz gdzieś Panie spodnie… come on, zero brzucha i wielkie uda.

Skoro nogi były cały czas w formie, to rower przerobiłem ponownie na szosę (zmiana kół, mostka, siedzenia, demontaż bagażników) i postanowiłem dalej jeździć, ale z większymi prędkościami.

Fajnie, pięknie, muza gra – jednak, im więcej jeździłem, tym bardziej pizgało mrozem po ręce (jak w Kieleckim), a szczególnie w nadgarstek. Ból stawał się coraz bardziej dokuczliwy, więc z nadzieją czekałem na 10 grudnia, kiedy jak wierzyłem, umówię się na operację tej mojej niezrośniętej kości łódeczkowatej i w miesiąc będę po operacji, potem rehabilitacja i …

…jestem w szpitalu „akademickim” na Borowskiej we Wrocławiu, wszędzie widzę mnóstwo młodych studentów, włóczących się za profesorami, którzy gnają wszędzie jak szaleni. Po dość długim oczekiwaniu wchodzę do gabinetu, a tam – termin za 1,5 roku najbliżej. Całkowicie inaczej niż się umawialiśmy (w dodatku propozycja od lekarza dotyczy tylko i wyłącznie operacji inwazyjnej). Exrta! W półtora roku, to ja nową rękę sobie wyhoduję. Idę płakać Bożenie, jak to jest źle i niedobrze (ma ciężko z tym moim marudzeniem). Już myślę o prywatnej operacji z otwarciem ręki, jednak B. sugeruje, żebym poszukał w Internecie, u wujaszka google, innej solucji. Chwilka gmerania, niczym za pasującym garniturem w lumpeksie i oto znalazłem. Artroskopowa operacja kości łódeczkowatej, z przeszczepem z talerza biodrowego. Gitara, ale widzę tylko jednego doktorka z Wawy, który to ogarnia- znowu trochę szukania i … Chiroplastica. 200m od mieszkania B. Potem już szybko, ogarnięcie hajsu ~6k, 2 tygodnie oczekiwania, prześwietlenie, badanie krwi i „głupi jaś”.

Odlatuję, świat zaczyna zwalniać, widzę tylko lampę na suficie.

Budzę się i jedyne o czym marzę, to żeby Bożena się znalazła obok mnie! Już dawno tak nie tęskniłem, a nie widziałem jej tylko dzień. Wzruszam się trochę jak wchodzi, kochana. Potem tak ładnie o mnie dbała, po operacji. <3

Ok. Pakują mi rękę w gipsior, dostaję receptę na ketonal, w razie jakby bolało. Wyszedłem, idę do siebie, bo skołowany zapomniałem, że jest sobota i B. nie siedzi w pracy. Na szczęście (przypadek – nie sądzę) Bożena zadzwoniła dosłownie minutę po moim wyjściu do lekarza i wypatrzyła mnie przez okno wiedząc, że zaraz będę przechodził, dogoniła na trasie do tramwaju i uświadomiła, że jest sobota (Sylwester). W niedzielę rano znów widzę się z B., zaczyna boleć, strasznie, tak że nie mogę wytrzymać, mimo, że dzień wcześniej upierałem się, że dam radę. Oczywiście 1. stycznia trudno znaleźć otwartą aptekę, ale udaje się i… leki powodują, że staję się taki ogłupiały i w sumie to nic nie czuję, ból powoli ustępuje.

Teraz jestem ze sztywną ręką, jest pierwszy stycznia… szanse na zrost 50/50 – co robić?

Idę za kilka dni na kontrolę, wycinają mi okienko w gipsie, ściągają szwy. 8 tygodni przede mną.

Coś trzeba robić w życiu, programowanie idzie mi 2x (jak nie trzy) wolniej. Piszę tylko jedną ręką, a zbliża się koniec semestru na pwr. awesome. Już wcześniej, jako że ręka mnie bolała, jeździłem tylko na trenażerze. No to trenażer, wsiadłem na niego z jeszcze większym zacięciem niż zwykle, ja nie dam rady? Kładłem rękę na lemondkę, razem z trenażerem wychodziłem na balkon żeby się nie ugotować, tłusty bit i jechane. Ultra turbo dobre rozwiązanie, gdy wracałem z uczelni dojechany po całym dniu spędzonym na zajęciach, w bibliotece i u B. Nie ma innej opcji, aby wykonać tak intensywny trening z rozgrzewką i prysznicem w 1h. Ale zajęcia i tak były bardzo wymagające, czułem się przewlekle zmęczony…(marudzę?)

Taka przeszkoda nie może mi pokrzyżować planów, nie może zakończyć walki w drodze o realizację marzeń. Nie ma takiej opcji. Do treningów dorzuciłem jeszcze trening fitness z Chodakowską, w sumie to B. mi podsunęła. Więc – dzień na rowerze, kolejny z fitnesikiem. Nie było opcji, aby opuścić choć jeden trening. Wszystko wrzucałem na stravę, mega motywujące było dla mnie każde polubienie aktywności. Gdy nie chciało mi się już totalnie nic, myślałem… zrób do dla „kudosa”, co powiedzą jak nie wrzucę danego dnia aktywności. Jeszcze bardziej motywujące było spotykanie znajomych w realu i ten i szacun w oczach i słowny podziw – to uskrzydlało. Część ćwiczeń z Ch. omijałem, bo nie chciałem przeciążać palców wystających z gipsu. Przy jeździe na rowerze okropne świerzbienie, gdy pot zbierał się miedzy gipsem, a ręką podczas treningu, fajnie było tylko przy -10 na dworze, wtedy w gipsie nie było za ciepło przy interwałach na trenażerze.

Po 6 tygodniach, kontola, RTG, coś się zrasta, niech i przez kolejne 2 tygodnie się pozrasta. Ups, tu trochę się wystraszyłem, że może będę kaleką… ok, jakie ma to znaczenie, rób to co kochasz na 100%. W między czasie dostaję info, że zostałem przyjęty do drużyny MTB Immotion Specialized Team. Super, tylko mam gips. Dlatego też nie byłem na żadnym spotkaniu organizacyjnym, zgrupowaniu zespołu. Nie powstrzymałem się jednak w między czasie, przed spróbowaniem jak jeździ nowy rower MTB, co prawda tylko po chodniku, nie chciałem przeginać z gipsem.

Początek marca, rozcinają mi gips, wyłania się chudy przeszczep, taki słaby że mam problem z operowaniem butelką wody. Ręka nie zgina się prawie wcale, każdy ruch boli. Miałem wrażenie, że lewa była o jakieś 30% mniejsza od prawej (która jeszcze się rozbudowała w tym czasie, bo wszystko nosiłem właśnie nią, zaczynając od wspomnianego roweru MTB, który składałem tylko jedną ręką, no z pomocą B., bo bieżni sterów nie potrafiłem wbić sam, po pomoc Markowi w przeprowadzce – noszenie szaf i takie tam). Koniec płakania, pierwsza wizyta u fizjoterapeuty, ale napier…. kolejna i kolejna boli. Po pierwszym tygodniu widzę znaczne postępy, ona się rusza.

To idziemy na całego, na przypale albo wcale. Mówię fizjo: Panie, mam zawody za 4 tygodnie, da się jakoś wyklepać, co bym mógł objechać trochę ziomków na Bike Maratonie? Popatrzył się na mnie jak na psychola, dobra walczymy. Na kolejnej wizycie zacząłem tego żałować, rozciąganie gumami, przypinanie pasami, bolało.
Po 2,5 tygodnia jadę na nowym nabytku do Wałbrzycha,, pośmigać po górkach- Boże! Ale mi tego brakowało! Przypomniałem sobie, jak bardzo lubię to robić. Ręka jeszcze boli, jednak inaczej niż przed operacją. Jestem zaskoczony, jak dużo lepiej, jeździ się na nowym sprzęcie.  Wracam do fizjo, działamy dalej, jest dobrze. Coraz mniej dni do zawodów, ręka odzyskuje coraz większą ruchomość.

……………………………

Jadę do Miękini na tydzień przed zawodami, jest oficjalny objazd trasy. Jest bardzo przyjemnie, prawie 300 osób. Spotykam znajomego ze studiów, objazd ma trochę wycieczkowy charakter, więc gadamy o podróżowaniu rowerem. Wkrótce rozjazd na Mega i tempo rośnie. Jest godnie, jednak wkrótce łapię kapcia z tyłu. Nie mam dętek na zmianę. Czekam chwilę, znajduje się jeden chętny z pompką i dętką. Za mała 27,5”. Kolejna osoba wręcza mi dobrą dętkę, jednak przebijam przy próbie założenia łyżkami. Okej, to nie jest mój dzień. Szukam w nawigacji najbliższej wioski. Biegnę, licząc, że uda mi się dobiec do Miękini, jednak wszędzie las, spotykam ludzi w lesie, wskazują kierunek do najbliższej miejscowości ze stacją PKP. Pół godziny i tam docieram, spotykam innego pechowca. Razem wracamy, czuję że wróciłem do gry!

Facebook Comments