Po wyścigu w Miękini, opracowuję sobie check-listę, na której odznaczam przed startem wszystkie rzeczy, które powinny być ogarnięte – począwszy od sprawdzenia, czy śrubka od korby jest dokręcona, po zatankowanie samochodu. Rower wydaje się przygotowany. Śniadanie z pysznymi tostami u Bożenki, opuszczamy mieszkanie o 8 rano, minimalnie po zaplanowanym wyjeździe. Teraz już mam w samochodzie skrzynkę z narzędziami, wydaje się, że jestem przygotowany. Podróż przebiega spokojnie, jesteśmy na miejscu 50 minut przed czasem. Stresuję się trochę, słucham głośno muzyki na słuchawkach podczas przygotowań, B podaje mi jeszcze jajka na twardo do wszamania. Rozjeżdżam się. Czuję że coś jest nie tak z wypinaniem butów z pedałów. Około 7 minut do startu. Szybko patrzę na bloki – super… brak śrubki (tak, na check-liście nie było sprawdzenia butów) . Rozpaczliwe poszukiwania śrubki u innych zawodników, w namiocie serwisowym… wszędzie brak, wiem, że w moich zapasach w skrzynce też nie mam. Bożena wpada na pomysł, aby zapytać się jakiegoś „lokalsa”, gdzie jest najbliższy sklep rowerowy. Mówi że 2 km stąd, za torami, obok Media Markt, wskazuje kierunek. Szybka rozkmina – jazda z blokującym się pedałem jest bardzo niebezpieczna… spróbuję zdążyć – 5 min do startu. Jadę na pełnej do sklepu. Widzę, że rogatki na przejeździe rowerowym właśnie się opuszczają. Ok, zrobię to tak… wślizgnąłem się pod rogatki blokując tylne koła – coś na kształt zawodników żużla. Nic nie jedzie, przejeżdżam. Wbiegam do sklepu, olewam kolejkę, proszę o bloki. Są! Proszę o klucz, coś długo idzie im jego znalezienie, wyciągam własnego multitoola – szybko wkręcam. Płacę około 50 zł. Minuta do startu. Wybiegam ze sklepu, wsiadam na rower. Pełna! W oddali widzę już zawodników jadących wyścig, ale, jako że ostatnio biegłem pół zawodów, to jestem w 6 sektorze , więc może zdążę. Jadę chodnikiem, pod prąd. Docieram na start, rusza 5 sektor. Zdążyłem.

Na fb straszyli, że trasa będzie nieprzejezdna, że śnieg, że błoto, że masakra, dlatego też jest trochę mniej zawodników.
Jadę, wyprzedzam niezliczone ilości zawodników, początek trasy pod górkę. Pierwsze zjazdy, jest ciasno, ale ogarniam. Coraz więcej zjazdów, czuję flow… jest super. Wyprzedzam z górki, gdzie tylko się da. Nagle słyszę trzask, chwilę później chcę usiąść na siodełko, ale ono jest jakieś takie luźne. Yhy, zerwała się jedna z dwóch śrub od sztycy (miejsce na wulgaryzmy). Siodełko chowam do tylnej kieszeni, pozostałe części od sztycy też. Cisnę tylko na nogach. Nadrabiam straty. Jednak, im dalej jadę, tym bardziej brak siodełka odczuwają moje nogi. Boli coraz bardziej, zjeżdżam na rozjeździe na mini. Czuję wkurzenie, bezradność i chęć rewanżu. Dojeżdżam, czeka na mnie Bożena. Cieszę się, że ukończyłem, awansowałem nawet do 4 sektora. Pozostaje jednak duży nie dosyt. Po ogarnięciu się, zostawiam rower kuzynowi B, który jak się okazało też startował i wyhaczył nas w tłumie. Idziemy z B na poszukiwanie siodełka, które wypadło mi po drodze z kieszeni w bluzie kolarskiej. Jakiś gość stwierdził, że widział je około 5 km przed metą. Idziemy i idziemy, teraz już na spokojnie mogę podziwiać, przez jakie fajne tereny przejeżdżałem. Uważamy, aby nie przeszkadzać zawodnikom z „lepszych dystansów”, jestem w tym schodzeniu z trasy trochę nadgorliwy. Po około 7 km od mety, już prawie zrezygnowani, dostrzegamy bialutkie siodełko San Marco, czekające grzecznie na właściciela. Powrót, tym razem już drogami publicznymi.

Mój rower przejął Krzysiek, ziomek z mojego Teamu. Wiem, że będziemy wracać Matizem w większym składzie.

Pakujemy rowery na dach, wsiadamy w 4-rkę do gabloty i jazda na Wrocław. (Matiz coś słabo leci po tej A4).

Statsy:
awarie: urwane siodełko
kraksy: brak
podjazdy: 410m

dystans: MINI 24km

czas: 01:03:20

miejsce M2 (open): 18 (81)

Facebook Comments