Wisła

Wstajemy wcześnie. Średnio chce mi się jechać, jednak słowo się rzekło i trzeba cisnąć. Jedzonko przygotowała mi najlepsza osoba jaką znam. Wbijamy na autostradę i jedziemy w zbój daleko. Matiz jedzie tak średnio, ale co zrobić. Docieramy na miejsce, gdzie po dłuższym szukaniu znajdujemy darmowe miejsce postojowe, wolne od „Januszy” parkingowych. Na starcie mam ambitny plan, przejechać kolejny raz dystans giga, tym razem z przewyższeniem ponad 2700m. Ostro!
Tym razem nie rozgrzewam nóg przed startem, tylko ustawiam się maksymalnie z przodu w 3-cim sektorze. Początek trasy – niekończący się, nudny podjazd po asfalcie. Jadę trochę za szybko. Pierwszy zjazd, jadę bardzo ostro, wkurzam się (bez sensu) na wszystkich innych, którzy nie jadą równie szybko jak ja. Na jednym zakręcie w rywalizacji z kolesiem w różowym kubraczku (pozdrawiam kolegę) niemalże wypadam z trasy, jednak łapię przyczepność w tylnym kole praktycznie na środku zakrętu, gdy już patrzyłem, gdzie próbować lądować w przepaści. Zjazdy są kozackie, bardzo szybkie i kamieniste, taka adrenalina nie może mnie ominąć, więc puszczam ostro hamulce, jadąc na krawędzi. Idzie dobrze, jednak mam jeszcze zbyt mało techniki (i trochę za słabą tylną oponę). Na jednym ze zjazdów słyszę głośne syczenie – tak, to ona. Próbuję dopompować, jednak pożyczona jeszcze w Miękini pompka ogłasza strajk i nie chce współpracować. Udaje mi się napompować, jednak ciśnienie jest niskie. Ekstra. Prowadzę rower, jak największy przegrany, jednak ktoś się zatrzymuje, gdy idę już pod górkę i pożycza mi pompkę oraz dętkę. Udaje mi się to ogarnąć i zaczynam znów wyprzedzać niezliczone ilości osób. Słyszę: ”-Wow, z którego sektora jesteś? –Trzeciego. -Aha, no właśnie widzę, że nas tak objeżdżasz.”. Jadę znowu szybko. Jednak w pewnym momencie znów mam pecha, zbaczam z trasy (tak mi się wydaje) i nie chcąc tracić czasu, jadąc złym odcinkiem, daję mocno po heblach. Niestety niezbyt dobrze znosi to przednia opona. Słyszę tylko radosne uciekanie powietrza. Hmmm, cisnę dalej – jadąc na flaku w przednim kole. Na podjazdach wyprzedzam jeszcze ludzi, na zjazdach prowadzę rower. Na zjazdach asfaltowych, tych nudnych, ryzykuję i jadę na flaku. Pada rzęsisty deszcz, jest coraz zimniej… na szczęście meta coraz bliżej. Przekraczam metę, B mnie widzi jadącego, trochę zdziwiona moją małą prędkością. Cieszę się, że dojechałem mega, jednak znów sprzęt z moim zamiłowaniem do ostrych zjazdów nie zagrał. Coś trzeba zmienić. Za chwilę słyszę pochwałę od Pana z obsługi trasy, że mam dzielną narzeczoną, która cały czas czekała na mnie wypatrując i moknąc paskudnie w tym deszczu.

Próba powrotu do domu okazała się trudniejsza, niż by się nam wydawało, ale to zupełnie inna historia – o Matizie, który tego dnia już nie odpalił.

Statsy:
awarie: 3 wkurzające dętki
kraksy: brak
podjazdy: 2000
dystans: 46km
czas: 04:29:01
miejsce (open): 50 (329)

 

Facebook Comments