Głodny zemsty! Dzisiaj ma się udać!

W Polanicy jesteśmy na długo przed czasem. Podczas drogi było miejscami wesoło, gdy auto nie chciało jechać pod górkę szybciej niż 35km/h. Na pokładzie Kamil, który też jedzie Mega, oraz moja siostra Monika, która wraz z B będzie kibicować, a w międzyczasie chodzić po górkach.

Koniec intro, pora na danie główne.

Rozgrzewamy się z kolegami z teamu (nie żadne przytulaski czy coś, tylko ciśniemy w pedały ;). Jest pod co wjeżdżać, więc tuż przed startem podejmuję decyzję, aby się nieco obnażyć… to znaczy rozebrać. Zostawiam tylko spodenki, leginsy idą w odstawkę (rzucam je już w trakcie jazdy w stronę tłumu, licząc, że B zauważy i złapie).

Start. Jadę swoim tempem. Wiem, że ostatnio dużo ćwiczyłem, więc jestem spokojny o formę. Trasa wyścigu częstuje nas na początku sążnym podjazdem. Jedyne, co mnie trochę wkurza, to brukowana, kamienista nawierzchnia. Im dalej jadę, tym ciekawiej, dużo błota, trasa techniczna, jeszcze więcej błota. Dobrze radzą sobie opony na niskim ciśnieniu. Czerpię radochę z pokonywania singli z dużą prędkością. Doganiam kumpli z teamu startujących z 2 sektora, chyba odpalił mi się tryb flow… jest extra. Noga podaje, więc decyduję się na kolejną pętlę – jadę giga. Tuż po zjechaniu na giga, dościga mnie znajomy z Mitutoyo. Cieszy się, że nie będzie jechał sam, miał defekt opony i stracił trochę czasu. Wiem, że jest ode mnie mocniejszy, jednak optymistycznie i pełen ambicji staram się siedzieć mu na ogonie. Jest szybko, kolejne metry pokonujemy na pełnej, błoto, skały, a drzewa śmigają tylko po bokach. W pewnym momencie jedziemy przez bardzo techniczny odcinek, a ja już jestem niemalże na odcięciu energii, próbuję utrzymać tempo, jednak nie ogarniam, łapię na przednie koło wielki kamień, dobijam amorka, wypadam z trasy, jednak cały czas udaje mi się utrzymać na rowerze. Ale fart – nic mi się nie stało, rower też wygląda ok, Przemek tylko zawołał, czy wszystko ok. Wracam na trasę nadrabiając stracony czas, jest szybko. Doganiam zawodnika, lecz utrzymywanie tempa przychodzi mi coraz trudniej. Spoglądam na tylną oponę, nie jest dobrze, ucieka powietrze… hmmm… Cisnę ile się da, jednak powietrze nieubłaganie mi ucieka. Jest już źle. Jadę praktycznie na flaku. Macham z prośbą o pompkę do jednego zawodnika, walczę. Na zjeździe zatrzymuję się, żeby sprawdzić jakie mam opcje. Wtedy zawodnik podrzuca mi pompkę. Mogę dopompować. Ciśnienie wraca, mogę śmigać dalej. Jeszcze dwa razy pompuję zatrzymując się na trasie, ludzie mi trochę odjeżdżają. Samotna jazda, widzę już koniec drugiej pętli. Jest mi coraz ciężej. Ale spoko, koniec pętli, więc pewnie teraz już prosto z górki do mety. Jednak grubo się mylę, jeszcze 17km zmagania. Dobija mnie ta tabliczka. Przez moment odechciało mi się pedałować. Zaciskam zęby i cisnę. Paskudna brukowana nawierzchnia i super szybkie single – tak wygląda teraz trasa. Im więcej technicznych elementów, tym bardziej przyspieszam. Jest super, tylko te drgania na bruku, trochę szlag mnie trafia, popłakuję z bólu – nadgarstek taki smutny. Zaczynam wyprzedzać niedobitków z mega/mini. Przede mną odcinek z błotem, nazwanym po wyścigu przez zawodników wylewką samopoziomującą. Błoto jest wszędzie, zwłaszcza na moim rowerze, który chrobocze. Smutno się tego słucha. Cisnę dalej, wyprzedzając zawodników jak pachołki. Meta już blisko, jestem trochę dojechany po tych 4,5h. Ostatni fragment prowadzi po chodniczku, gdzie organizatorzy uspokajają, machają i krzyczą, aby zwolnić. Cisnę jednak w walce o dobry czas. Widzę na ostatnim zakręcie Bożo i Monikę. Super! Wpadam na metę. Trzęsę się, płaczę, nie mogę złapać tchu.

Leżę/siedzę na ziemi przez kilka minut, trochę taki zmieszany z błotem. Dojechałem się ostro.

Monika ogarnia mi „pasta party” i potem już powoli wracam do siebie.

Statsy:
awarie: puszczająca tylna opona
kraksy: brak
podjazdy: 1750m
dystans: GIGA 78km
czas: 04:29:37
miejsce (open): 20 (104)

Facebook Comments