Wstaję rano, podjarany, to pierwszy maraton w tym sezonie. Sprzęt (wydaje mi się) ogarnięty, byłem w czwartek na Sobótce i działał spoko.

Bożena robi super śniadanie, pakujemy się i przygotowujemy, wydaje mi się, że już jesteśmy na nie-do-czasie.
Rower na Matiza – i jazda. Przez Wrocław przebijamy się całkiem sprawnie, aż do ulicy Kosmonautów, czyli słynnej Leśnicy. Mimo, że jest sobota rano, mamy zaszczyt doświadczyć dorodnego korka, na Leśnicę.
Czas mija nieubłaganie, coraz bardziej się stresuję, do maratonu już tylko 20 minut. To inauguracja sezonu… B próbuje mnie uspokoić, podejmuję decyzję – wjeżdżam na drogę rowerową Matizem. Jedynka/dwójka – kończy się pierwszy odcinek drogi rowerowej, widzę lukę przed autobusem wbijam się, kilka sekund później znowu powtarzam akcję. Zyskuję około 2km. Teraz już tylko kilka minut w samej Leśnicy. Przebieram się w stój kolarski w międzyczasie. Koniec Leśnicy, terenu zabudowanego, wyciskam z Matiza ile się da, jednak przyspiesza fatalnie. Ledwo rozpędził się do 80, i przełączył się na PB. Tak, nie przygotowałem poprzedniego dnia samochodu. Benzyny też już nie ma za dużo… w głowie dochodzi mi obawa, że nie wystarczy mi paliwa. Ok, skręcamy z głównej drogi. Około 7 minut do startu.
Parkuję samochód, rower w dół. Zapinam numer na kierownicy, kask, okulary, spd-y. Bożena przejmuje kluczyki, krzyżyk na drogę i całus. Widzę w oczach Bożeny wielką obawę i troskę. Mam do kogo wracać.
Jadę i widzę, że pierwszy sektor już wystartował, przyspieszam. Znajduję mój czwarty sektor. Stres powoli rośnie, nawigacja włączona. Nagle słyszę od innego zawodnika. „Hej, brakuje ci śruby kominowej od blatu korby”. Nerwowo spoglądam w dół. Szlag, ma rację. Za kilka sekund staruje wyścig, już nic nie zrobię. Decyzja – wycofać się, czy walczyć? Wybieram czerwoną tabletkę*, ryzykuję, liczę że zębatka Narrow-Wide od Hcc Components da radę. Na początku jadę zachowawczo, baaardzo dużo ludzi. Pierwsza wywrotka tuż przed moim kołem, jakimś cudem nie najeżdżam na głowę zawodnikowi, tylko mieszczę się miedzy drzewami/krzakami a opadającym kaskiem. Super, wskakuję na koło zawodnikowi z Mitutoyo. Liczę, że przez jakiś czas mnie poholuje, może do rozjazdu na Mega. Wyprzedzam go, jest błotniście. Czuję bardzo wysoki puls. Pierwszy ostry skręt w prawo i podjazd, słyszę głośny strzał, już po zębatce. Szlag, co robić. 3 sekundy zastanowienia, biegnę dalej. W między czasie, stwierdzam, że może da się jeszcze jechać. Z górki, wskakuję na rower, mimo że zębatka jest rozpołowiona da się nią pociągać łańcuch. Cisnę na popękanej, owalnej zębatce. Wyprzedzam kilka osób. Za chwilę, oni wyprzedzają mnie, gdy poprawiam spadający łańcuch. Słyszę propozycję użyczenia roweru. Gdybym usłyszał to kilkanaście minut wcześniej, jeszcze przed rozjazdem na mini/mega, pewnie bym skorzystał (w ferworze walki nie pamiętałem, że przecież trzeba dojechać na tej samej ramie). Biegnę dalej, próbuję jechać – ale wykrzywiam wózek i zrywam łańcuch. Super, nowy rower 🙁
Biegnę, widzę już metę, ostatni kilometr. Nogi płoną, słyszę oklaski. Biegnę koślawo w tych spdekach, wzruszam się. Oczy zalane łzami, dotarłem do mety.

 

* dla niewtajemniczonych – nawiązanie do filmu Matrix

Statsy:
awarie: urwany blat korby, zerwany łańcuch, skrzywiona przerzutka
kraksy: brak
podjazdy: 200m

dystans: MINI 24km

czas: 01:19:30

miejsce (open): 82 (468)

Facebook Comments