przygotowanie

Na zawody przyjeżdżam odpowiednio wcześnie. Jest czas na odpowiednie sprawdzenie sprzętu (tym razem mam skrzynkę z narzędziami i zapasowe koło).

rozgrzewka z awarią

Wybieram się na konkretną rozgrzewkę, trasa zapowiada się bardzo ciekawie. Już pod koniec zaplanowanego grzania, po przejechaniu przez mokry fragment (świeże błotko)… słyszę okropny dźwięk uciekającego powietrza z opony. Szlag. Mleczko lateksowe się rozmiękczyło i zaczęło puszczać. Nie zwalniam, po chwili się uszczelnia, ale przyspieszam, zwalniam i znów jestem ochlapywany przez uciekające mleczko. No pięknie.

Pit stop

Wracam do samochodu, mam jeszcze na szczęście z 10 minut. Szybka akcja, ściągam koło, zdejmuję kasetę, wyciągam nowe koło. Kaseta założona, koło zamontowane. Dopompowuję powietrza do zapasowego koła (które jest ciężkie i już trochę biedne – 36 szprych, a przejechało już jakie 10k km z sakwami). Mam jeszcze 5 minut, sprawdzam czy jest ok, OK!

Start

Udaję się na start, staruję z końca 3 sektora. Zabawę czas zacząć. Pierwszy etap to długi podjazd. Ładnie wchodzi. Sprzęt nie był by sobą, gdyby trochę nie poddenerwował. Łańcuch dwa razy spadł, gdy był na najniższej zębatce podczas bardzo szybkiej jazdy, bez pedałowania. Ok, znam większą cześć trasy, więc daję ile fabryka dała. Nie cykam się zjazdów, więc też lecę na granicy. Wiem, że już niedługo meta, przyciskam jeszcze bardziej, doganiam na zjeździe kolegę z teamu, który jest w 2-gim sektorze (pozdrawiam Adaś), miałem taki ukryty cel żeby go objechać.

Z górki na pazurki

Cisnę dalej, zjazd robi się techniczny, jednak nie zwalniam. Wyprzedzam wielu zawodników jadących bezpiecznie. Nagle widzę zakręt, jednak stoją na nim ludzie, fotograf i kibice, stoją blisko trasy, o kurczątko, nie wyrobię, już widzę, jak o nich zahaczę. Próbuje hamować, jednak luźne kamienie nie pozwalają na sprawne, zatrzymanie z ponad 40km/h. Nie chcę nikogo zahaczyć, chyba się trochę przestraszyłem.

 

Widziałem orła cień…

Błyskawiczna decyzja, jadę prosto, tam nikt nie stoi tylko wystaje wielgachny korzeń. Wybijam się na nim, nie daję rady ogarnąć roweru przy lądowaniu w krzakach, spadam z niego, turlam się bardzo szybko po tych jeżynach, za mną koziołkuje rower. Ok, przestałem się odbijać od ziemi. Wstaję, patrzę na nogi – całe poobdzierane, ale nic nie mam złamanego. Boli tylko mocno dłoń. Wskakuję na rower, kibice krzyczą tylko, czy wszystko ok. OK!!! Znajduję jeden bidon, ale nie mogę go utrzymać bolącą ręką już w trakcie jazdy. Przerzutki się źle zmieniają, Chyba krzywy wózek, ale nie ma biedy. Brak tylnego hamulca, chyba urwany przewód hydrauliczny. Spoglądam na nogi, kapie trochę krwi, łokieć poobdzierany, ale to tylko siniaki.  Cała akcja trwała kilkanaście sekund, jadę, dalej nikt mnie nie wyprzedził.

 

Wyprzedzania ciąg dalszy

Zaciskam zęby, jestem mocno zestresowany, próbuję wyprzedzić jednego kolesia, daję radę, ale chwilę potem on wyprzedza mnie. Zaciskam zęby, już trochę spokojniejszy. Biorę go, a potem na ostatnim szutrowym zjeździe biorę jeszcze jednego zawodnika.

Finish

Na 100m przed metą spada mi łańcuch. Jako że jest sztywny podjazd, decyduję się na szybką naprawę. Nie dogania mnie, wsiadam, cisnę już ciężkimi nogami. Meta… Chwilę później dociera Adam, gratulujemy sobie… Chyba wskoczyłem do 2 sektora, marzenie zrealizowane…. ahh. Potem idę do punktu medycznego, po oględzinach idę najpierw pod prysznic (letnio- zimny), wracam, dostaję plastry i bandaże na ręce, nogi, tyłek. Ale wewnątrz czuję się świetnie – ból przeminie, chwała pozostaje na wieki 😉

Statsy:
awarie: uszkodzony tylny hamulec, wygięty hak przerzutki, zgubione 2 bidony, zbita dłoń
kraksy: przelot nad rowerem przy pełnej prędkości na zjeździe + koziołkowanie w krzakach + pobijane i poharatane całe ciało
podjazdy: 1600 m
dystans: 46 km
czas: 02:35:25
miejsce (open): 13 (59)

 

Facebook Comments