Po Intensywnej niedzieli, ciężko było wstać, tym bardziej, że przez noc zbyt dużo sobie nie pospałem.
Stajemy w kręgu i pada pomysł Ojca, aby wybrać się do wesołego miasteczka. Jednogłośnie podejmujemy decyzję: TAAK. Opuszczając Lancaster, napotykamy na fantastyczną mgłę. Drogi bardzo kręte, między wysokimi żywopłotami, mistyczny krajobraz, który tylko chwilami przebija przez mglistą aurę.
Podczas rozmów z jedną z dziewczyn – która mnie niemiłosiernie irytowała swoim marudzeniem, brakiem wdzięczności za dobro, którego doświadczała, zrozumiałem jak wielką wartość ma nieocenianie drugiego człowieka. Po miesiącu od naszej ostatniej rozmowy, potrafiłem z nią normalnie rozmawiać i razem z nią się śmiać. Niesamowite!
Wkrótce docieramy do Blackpool. Rozsiadamy się przy plaży z widokiem na Morze Irlandzkie. Cisza przed burzą – wieje delikatny wiaterek, cichy szum fal a w oddali wielkie molo z diabelskim młynem.

SAM_2462

Jesteśmy już przy kasach, po wspólnym zdjęciu, które zrobił nam właściciel wesołego miasteczka w celach reklamowych – rozpoczynamy zabawę.
Pierwszą atrakcją na którą się udajemy, jest wielka górska kolejka! Jadę w drugiej turze, widzę totalnie oszołomionych adrenaliną i roześmianych (cieszących się, że przeżyli) braci, którzy kończą przejażdżkę. Wchodzimy, zapinamy pasy i jedziemy powolutku w górę! Ups — jesteśmy już chyba jakieś 200 metrów nad ziemią i wtedy zaczyna się… Naprawdę bałem się o swoje życie, że zaraz wypadnę… a tam tak strasznie szarpało. Jadąc rowerem mam (a przynajmniej tak mi się wydaje) kontrolę nad tym jak szybko jadę i gdzie i wiem w jakim stanie technicznym jest sprzęt na którym się poruszam – a tu tyle niewiadomych. Koniec trasy – uff – mega dużo endorfinek. Już zaczynam się siebie bać, bo wiem, że chcę tam wrócić i spróbować przejechać się bez trzymanki. Kolejne atrakcje są równie emocjonujące, ale najlepsze w tym jest to, że przechodzimy to razem. Tak jak to trafnie podsumował Emil, czujemy się jak byśmy mieli po 6 lat – i to jest super! Jedną z atrakcji na którą się udajemy jest wodna kolejka górska, korzystając z tego, że mam dobry skok, omijam kolejkę i przejeżdżam trasę 2 razy. Za pierwszym razem, dużo strachu i Ojcze Nasz na głos. Za drugim pełen luz, cieszę się widokami. Jedną z najlepszych kolejek, którą jechaliśmy była ‘mokra’ kolejka po świecie wikingów. Płynie się łódką, która jest wciągania po wodospadzie w górę i później spływa z samej góry. Przepływając doświadcza się niesamowitych atrakcji, czułem się jak w krainie Hobbita, chwilę później jak w podziemnej kopalni złota z buchającymi płomieniami, potem jak w grocie górskiej – przeszywający mróz, a następnie jak bym grał w Hugo na Polsacie. Płyniemy, nagle w łódź uderza wielki młot, woda całych nas zalewa. Po opuszczeniu łodzi, najfajniej było zobaczyć czystą radość na twarzy jednej z dziewczyn – która zawsze potrafiła znaleźć powód do marudzenia. A teraz tak się cieszyła – że zabrakło jej słów, żeby to opisać. Kolejna atrakcja to samochodziki, zasiadam za sterami, obok mnie Oszuścik i mamy jedną misje – taranować wszystkich, za każdym razem, gdy mamy w kogoś uderzyć, wykonujemy specjalny rzut ciałem do przodu, aby mieć jak największą siłę pędu przy zderzeniu 🙂 Na koniec szybowanie samolocikami i … niestety koniec.

Zatrzymaliśmy się pod marketem Aldi, aby najeść się obiadu w naszym rumuńskim stylu wyprawowym i ku naszemu zdziwieniu podeszła do nas ochrona sklepu. Ku mojemu zaskoczeniu, Ojciec Tomek bardzo ostro zareagował, nie chcieliśmy się przenieść w połowie przygotowywania posiłków. Ja bardzo wczułem się w rolę tłumacza (nawet przypomniały mi się wulgaryzmy po angielsku), a później w rolę negocjatora. Było dużo nerwów – („Do you think it’s funny?) Jednak ochrona wydawała się nieugięta. Stwierdziliśmy, że bez sensu tak długo się kłócić i powoli zaczęliśmy opuszczać parking – w celu udania się na inny większy, nieopodal. Później nadeszła chwila refleksji i zrozumieliśmy dlaczego tak impulsywnie zareagowaliśmy na przepędzenie z parkingu marketu. Adrenalina po wesołym jeszcze nie opadła, byliśmy agresywni i gotowi do walki.
Zmęczeni po miasteczku, wsiadamy na rowery i pokonujemy jeszcze z 70 km do Manchesteru. Pierwszy i jedyny raz jedziemy w totalnych ciemnościach, docierając na miejsce około 21. Śpimy w mieszkaniu pani Liliany. Nie chcę mi się cisnąć w środku, więc rozbijam namiot na trawniku.
Jeszcze przed snem muszę uporać się jakoś z obtartym tyłkiem. W tym celu wyciągam pastę cynkową, którą zakupiłem jeszcze przed wyjazdem. Schowałem się przy murze od domu i przystąpiłem do działania.. chwilę później zostałem przyłapany przez młodą sąsiadkę która wracała właśnie do mieszkania… fejl. Byłem koloru purpurowego, gdy w pośpiechu musiałem podciągać spodnie.

 

Kolejny dzień to bardzo dziurawe drogi, po których mkniemy z dużą prędkością. Kierunek Walia. Znów pojawiają się wzniesienia, jednak widok tęczowych pól rekompensuje ten widok. Wkrótce dostajemy informację, że poważnemu uszkodzeniu uległo koło przy rowerze Karoliny. Coś mi mówi w głowie, by razem z Strzałą i Marcinem cofnąć się i pomóc Karolinie, jednak postanawiam zostać, aby jechać dalej z 5 sakwami i 3 namiotami, które zostawili nasi mechanicy. Jednak mój rower ma zbyt miękką ramę na takie obciążenie. Gnie się pod takim ciężarem, jakby był z gumy. Niestety docieramy do kolejnej wioski i już nigdzie dalej, ponieważ naprawa koła Karoliny, tam na miejscu okazuje się niemożliwa. Jednak wieczorem przystępujemy w trójkę do naprawy koła (przeplecenia koła Górnika, z piastą od roweru Karoliny. Pierwszy raz zaplatamy niewłaściwie (szprychy przeplecione w gwiazdę pod kontem prostym do piasty są zbyt krótkie), kolejny raz przypatrujemy się jak jest zaplecione moje tylne koło, około pierwszej koło jest niemalże gotowe, szprychy są różnej długości, zużyte są nyple i niemożliwe jest mocne ich naciągnięcie.

Rano sugeruje Karolinie, aby przekazała swoje sakwy komuś innemu (np. mi) – aby odciążyć jej tylne koło i zwiększyć szanse na dotarcie do końca wyprawy. Zgodziła się. 30 kilometrów później pęka bagażnik Marcina, szybkie oskalpowanie roweru Karoliny i Marcin ma już nowy bagażnik. Pojawiają się solidne górki, jeden pojazd ponad 15%, bardzo długi, płonę – wcześniej podczas wyprawy już dawno nie wytrzymałbym z bólu, ale teraz tolerancja na ból zdecydowanie się zwiększyła. Zaczynam się modlić różańcem, byle nie myśleć, że rozsadza mi nogi, ledwo wjechałem z rowerem. Ktoś przebąknął tylko, z podziwem, jak ja to zrobiłem z 2 razy większym ciężarem – faith power.

 

 

Docieramy do Birmingham, miasto wydaje się bardzo ładne. Duże zróżnicowanie rasowe. Jednak po jakimś czasie, zauważamy nieporządek na ulicach. Jakby miasto nie wysyłało tutaj śmieciarek. Chwilę później przenosimy się jakby do innego kraju, muzułmańskiego. Wszędzie zakryte kobiety, ogromny tłok na ulicach, pismo Arabskie na sklepach. Brak jakichkolwiek białych ludzi. Czujemy się w zdecydowanej mniejszości… uśmiechamy się zmieszani i radośnie odpowiadamy na liczne pozdrowienia. Reakcję na nasz przejazd zdecydowanie różnią się od tych z przed kilku kilometrów. Kierowcy samochodów radośnie trąbią, mężczyźni w tradycyjnych strojach, życzliwie spoglądają w naszym kierunku.

Wieczorem czuć już atmosferę zbliżającego się końca, dobrze już funkcjonuje wspólnota, dzielimy się, nikomu niczego nie brakuje. Rozbijamy namioty w parku w sercu miasta i idziemy spać.

 

SAM_2536

Rano fantastyczna mgła. Wydaje się, że do końca już z górki… Karolina dopytuje na postojach jak się czuję, bo chyba widzi, że śpię w każdej możliwej chwili, bo jadę w sumie już przez 1/3 wyprawy z 2 razy większym ładunkiem (jakieś 60kg). Czuję kolano… Pęka opona Klerykowi. Zostaję chwilę, bo naprawa nie poszła po naszej myśli. Próba nadgonienia peletonu. Doskonale wiem, że jadę na tzw. overzę. Jednak ambitnie dotrzymuje tempa chłopakom. Wyję z bólu, jednak nie odstaję. W momencie, w którym chłopacy stają, bo z rowerem Łukasza jest coś nie tak, ja postanawiam gonić dalej peleton. Wiem, że jeśli się zatrzymam, to nie dam rady ich dogonić. Walczę, przeklinam z bólu, liczę na to, że zaraz ujrzę flagę biało czerwoną… a rower nie chce jechać szybciej.. do tego ten upał.

Docieram do reszty grupy, i ledwo ciągnę na ogonie pod kolejną górkę. I docieramy do ‚Domu’, nie boję się tak nazywać Peterboro – drugi dom, tylko, że w Anglii. Przygotowujemy prezenty rowerowe, krzyżyki ze szprych oraz rzeźbę roweru ze szprych dla Księdza Maćka. Jesteśmy baardzo ciepło znów przyjęci. Czujemy się jak u siebie w domu. Podczas Mszy Świętej upewniłem się, że o. Maciek, doskonale zrozumiał sens naszej wyprawy, stał się jednym z nas. Przypomniał nam o tym, że ważny w życiu jest brak, który potrafi zapełnić tylko Bóg. Że nie powinniśmy go niczym światowym zapełniać, przypomniał, że przez tą wyprawę dorośliśmy o kilka lat. Dalej jest doskonała Agapa, r.a.d.o.ś.ć

Ja w tym czasie rozmawiam… Kilka dni zajęło mi uwierzenie w to, jakim dupkiem potrafię być w stosunku do drugiego człowieka, własna pycha nie dopuszczała do świadomości tego, że upadłem tak nisko. Zamiast wstać, przeprosić, dostrzec drugiego człowieka, uciekałem przed odpowiedzialnością, przed stanięciem w prawdzie, przed drugim człowiekiem, wolałem dochodzić do przyczyn: dlaczego? w samotności, nie licząc się z tym, że ktoś przeze mnie może cierpieć, bo mi tak łatwiej… Komunikacja taka potrzebna, mimo, że trudna.

Kolejnego dnia z ogromną trudnością opuszczamy Parafię w Peterboro, pożegnania wydają się nie mieć końca, liczymy, że wkrótce się zobaczymy.

Śmigamy wzdłuż autostrady prosto do Londynu. Potem już ostatni raz mkniemy krętymi, wąskimi dróżkami między wysokim żywopłotem. Jadę bez przednich sakw, postanowiłem nie przeginać i oddać sakwy Karoliny. Powoli docieramy na przedmieścia. Widać rezydencje arystokracji. Robimy hałas, serdeczne uśmiechy. Tańczymy do muzyki Górnika. Zaczepiamy Parę w kabriolecie, muzyka na pełny regulator i odprawiamy dzikie densy stojąc w korkach.
Paulina i Kuba witają nas przy drodze… to już koniec etapu wyprawy na rowerach.

SAM_2561(1)

W miarę sprawnie wkładamy je do ciężarówki, fantastycznych kierowców z Polski.
Z zaciekawieniem podróżuję pierwszy raz w życiu metrem. Gdy dojeżdżam do centrum, gigantyczny tłok. Mroczne tunele, z białych kafelków… podziemne kanały. Jedna przesiadka za nami i jadąc w stłoczonym przedziale, widzę pięknie ubranych ludzi. Jednak każdy jest inny, innej postury… innego pochodzenia. Nigdy wcześniej nie widziałem tak dużej mieszanki kulturowej w jednym miejscu. Ostatnia przesiadka… nie jest już tak tłoczno, jednak znacznie mniej już osób w idealnie skrojonych garniturach i eleganckich spódnicach. Jedyne co mnie zastanowiło, to to, że wszyscy ludzie byli wpatrzeni w smartfony, gazety. Niemożliwe było złapać kontakt wzrokowy z kimkolwiek.

Dzięki ks. Maćkowi, udało nam się dostać nocleg u Chrystusowców, niemalże w centrum. Po Mszy Świętej wspólny posiłek. W sali pojawiają się 3 osoby. Najpierw rozmawiam z dziewczynami. Dopytuje się o powody ich emigracji… uzmysławiam sobie, że to już koniec wyprawy. Potem zaczynam rozmowę z Benedyktem, na pierwszy rzut oka wydawał mi się nieciekawy… jednak im dłużej z nim rozmawiałem, tym bardziej poznawałem, jak fascynującą jest osobą. Wkrótce nastała 12, czas na zgaszenie świateł. Udałem się więc z nim na dalszą rozmowę. O jak potrzebna była mi ta rozmowa. Odpowiedź na wiele pytań, które się we mnie kotłowały. Tematyka – relacje z kobietami.

*Kto będzie twoim przyjacielem – żona – uzmysłowienie jak niewielkie ma znaczenie sfera seksualna w życiu człowieka, mieć świadomość, że wiele razy będzie się z niej rezygnować, jest ogrom innych aspektów w relacji z drugim człowiekiem, które można rozwijać.

*Walka z zazdrością- bardzo często jedna ze stron w relacji ma pewien brak, trudność – którą ja jestem w stanie uzdrowić przez ciężką pracę, zatopioną w delikatność.

*Dobierane się na podstawie uzupełniania, uświadomiłem sobie czego podświadomie szukamy.

*Poszukiwania cech swojej matki u kandydatek na tą jedyną

*Wchodząc w każdą relację (tzw. chodzenie) coś dajemy, ofiarujemy część siebie. Trzeba być ostrożnym we wchodzeniu w wiele relacji, bo można się zatracić, nie mieć już za wiele dla tej jednej jedynej.

*Nie zamakać się ze względu na jedną cechę, czy to charakteru czy to na defekt urody, gdy próbujemy budować nową bliską relację.

*Relacje miedzy rodzicami, są niezbędne aby dziecko nauczyło się, potrafiło same w przyszłości nawiązać analoginczą – tutaj oblubieńczą. Kopiujemy je, ponieważ jest to jedyna relacja która tak dobrze poznajemy. Trzeba wykonać ogromną pracę, aby być świadomym mechanizmów, które mają wpływ na nasze postępowanie w relacji i jeszcze więcej wytrwałości, aby relacja była zdrowa, aby naprawić niedoskonałości, uświadomić sobie skąd pochodzą nasze oczekiwania, obawy, przyzwyczajenia, mechanizmy.

*Czystość przedmałżeńska ma ogromny wpływ na zdrowie psychiczne kobiety, na jej obawy.

Kolejnego dnia, zaraz po Mszy świętej udajemy się piętrusem do centrum. Trwa to wieczność, straszne korki.

SAM_2588

Godzina jazdy, naprawdę duuże miasto. Piękne stare kamieniczki, widok ferrari, bentley;ów, porshe taki pospolity. Może przez nieprzespaną noc, ale nie robiły na mnie wrażenia tzw. atrakcje Londynu -> Big Ben, Pałac

SAM_2642

królowej, London Eye…

SAM_2633(1)

za to bardzo ciekawe..hmm raczej zastanawiające były demonstracje, które mijaliśmy… Marsz zwolenników przyjęcia imigrantów, Marsz przeciwko Wojnie Atomowej i jeszcze jakiś z tematyką iście kosmiczną.

SAM_2605SAM_2603

Przechadzka wzdłuż Tamizy to coś ciekawego i kolorowego… artyści uliczni, food tracki,

SAM_2637

park skejtowy, kolorowo. Potem szybki trip po muzeum narodowym (jeszcze tu wrócę) i przebijanie się z powrotem na autobus… zdefiniowanie od nowa, co to znaczy tłok, aby się przemieszczać szliśmy między samochodami środkiem drogi – taki był tłok 🙂 Wracaliśmy z polskim kierowcą autobusu 🙂 Po powrocie mini imprezka z doskonałym zakończeniem.

Wchodzi Filip i Kasia, jakby trochę zmieszani… Ojciec Tomek od razu przychodzi i wypytuje Kaśkę, podaj rękę – podaje, Ojciec myśli, że może mieć pierścionek – jednak na tej ręce, na palcu miała różaniec, o. Tomek rozczarowany już odchodzi, a Kasia pokazuję drugą rękę, z pierścionkiem …. TAK -> dokonało się. Potem szybko biegnę do sklepu z chłopakami po winko, aby poświętować, jednak jest ryzyko że nic nie dostaniemy. Jest już po 21, czyli prawnie zakaz sprzedaży alkoholu na terenie UK. Jednak przekonuję sprzedawcę, że to na specjalna okazję. Wracamy i cieszymy się razem 🙂 Kolejne osoby wracają i nie dowierzają, że to prawda. Tak cieszymy się do 1 w nocy.

Ostatni już poranek to Msza Święta, następnie bardzo szybka podróż w kierunku lotniska, nie zdążyliśmy na metro i musieliśmy biec przez centrum Londynu na autobus, w kierunku lotniska, jednak udało się nam dobiec na 5 minut przed czasem.

Przy odprawie na pokład samolotu mamy mały problem z biletami, które są na tablecie, jednak panie uginają się, sprawdzają bilety z ekranu i… przyczyniamy się do powiększenia spóźnienia samolotu 🙂

Podróż umila fantastyczna stuardesa Magda. Wchodząc do samolotu jest pełna podziwu dla nas, że przejechaliśmy rowerem tak duży odcinek, na to ja (w sumie zaskoczony swoją bezpośredniością) przekonuję ją, że to tylko kwestia głowy, tu się wszystko zaczyna, że na pewno dałaby radę, wystarczy siebie przekonać, że „dam radę .. i zacząć trenować”. Nie mogę wyjść z podziwu dla urody Magdy:)
Wysiadamy z samolotu… nie jestem jednak pewien, czy ktoś inny zabrał moją sakwę… wracam na pokład… i serdecznie żegnam się z załogą samolotu 🙂

Składamy rowery kilkaset metrów przed Kokotkiem, zasiadamy już ostatni raz w tym składzie na kołach i … zostajemy doskonale przyjęci przez ludzi. Poczułem się, jakbym coś wygrał. Wiwatujący tłum na mecie. Bardzo fajne uczucie. Jednak wkrótce, już po ceremonii, jest mi trochę smutno… oczekiwałem, że zobaczę któregoś z moich bliskich z rodziny, poczułem się taki samotny. Jednak pogadałem z braćmi, których też nikt nie przywitał i od razu było lepiej…
Koniec… jeszcze nie.. kolejnego dnia, śniadanie i w kilka osób wyruszamy rowerem do Katowic, jedziemy w 5kę… potem już sam. Cel: Biały Dunajec… ale to już inna historia (…)

SAM_2543

Facebook Comments