Kolejny dzień to dzień radości – prowadzą nas kobiety. Mścimy się ile wlezie, wkurzając dziewczyny masą pytań, jak jeszcze daleko, gdzie jedziemy, jak daleko, że nogi nas bolą, śmiejemy się, gdy krążymy po wielkim rondzie, gdy dziewczyny pytają się po drodze tubylców – oczywiście mężczyzn, gdy odległość 2 km w linii prostej, pokonujemy w 5 km, zaczynamy śpiewać: jest doskonale. Kobiety podchodzą bardzo ambitnie do swojego zadania. Nie mają dla siebie litości. Cisną do przodu. Nam to tempo bardzo odpowiada. Nawet próbuję negocjować, aby się trochę oszczędzały, widzę, że kilka dziewczyn leży niemalże nieprzytomnych na postojach. Ambitnym tempem docieramy do dobrego miejsca – gdzie nasz kierownik trasy Filip i tak chciał nas doprowadzić. Jeszcze przed snem spacerek po mieście i rozmowa…

DSC_3160I znów te widoki!!! Tereny słabo zamieszkałe. Spotykamy po drodze mnóstwo Polaków i nawet sklep polski. Kolejny już raz nie jem nic podczas przerwy obiadowej, bo rozmawiam z tubylcami, wyjaśniając skąd i gdzie jedziemy – to angielski się szlifuje. Tuż przed mszą świętą wraz z Górnikiem, idziemy pochodzić po dnie oceanu, podczas odpływu. DSC_3187Jednak gdy jesteśmy kilkaset metrów od brzegu, nagle bardzo szybko zaczyna napływać woda. Już nie wrócimy suchą stopą. Buty w dłoń i szybko do brzegu.DSC_3185(1) Tuż po Mszy Świętej  poziom wody 3-4 m większy. Bardzo towarzyski wieczór nieopodal namiotów, gaworzymy w kole, by o 21 pójść spać.
Rankiem znów nie jestem w stanie spakować się na czas, nie do końca ze swojej winy (wiozę nie tylko swój bagaż) i przez cały dystans jadę sam. Potrzebowałem trochę samotności 🙂 Znów Irlandia Północna, a pogoda bez zmian: do kitu 🙂 Wiele radości przysparza nam dzień Michała, wszyscy mają garnki na zewnątrz sakw i od czasu do czasu radośnie w nie stukają, śpiewając – „zakonnica, zakonnica, gdzie jest twoja kierownica, zakonnica, zakonnica górncki są” – po wyprawie powstały już nawet specjalne remiksy na yt z tą piosenką 😛
Powoli zaczynamy wracać, dalej od domu już nie będziemy. Ocean za plecami. Docieramy do Portadown, gdzie mamy super miejsce namiotowe. Na rozbicie się na polu, pozwala nam Ksiądz, który jeździ nowiutką Audicą. Odkrywam, co mnie bardzo irytuje u innych ludzi – marudzenie:) Jednak po mszy świętej, którą odprawiamy na środku ‚pola namiotowego’ znów coś się dzieje – i przyjeżdża Ksiądz prosząc nas, abyśmy się przenieśli do odpowiedniejszego miejsca. Docieramy do salki parafialnej przy cmentarzu, a tam totalne luksusy. Piękna sala konferencyjna, z pełnym socjalem. Dochodzimy do wniosku, że zaplecze tutaj w Irlandii mają fenomenalne, jednak nie widać wiernych. Jestem bardzo zmęczony, błyskawicznie zasypiam.
W oddali słyszę hałas, myślę wtf? On nie ustępuję, spoglądam na zegarek: patrzę 24:00, myślę: to jakieś jaja, pomyłka. Pierwsze co mi przychodzi na myśl to to, że Górnik pomylił się i ustawił budzik na złą godzinę. Jestem wściekły, nie mam ochoty wcale wstawać. Przeklinam sobie pod nosem, błagam w myślach, aby wreszcie ktoś wyciszył tę muzykę. Jednak zaczyna lecieć sto lat i ktoś zaczyna to śpiewać.

życzenia 5 minut po obudzeniu

życzenia 5 minut po obudzeniu

Wstaję, zaczynam rozumieć, Kiebuła ma urodziny. Wnet irytacja ustępuje, widzę twarze innych przebudzonych śpiochów, robi mi się od razu lepiej. Zaczynamy tańczyć razem! To się nazywa radość. Minute po totalnym gniewie, potrafię tańczyć z radości! To pokazało, kto potrafi się cieszyć pomimo wszystko, niestety kilka osób po prostu strzeliło focha i opuściło główną sale.
Nazajutrz docieramy do Belfastu. Jesteśmy przyjęci przez dziwnego polskiego (strachliwego) Księdza, czuję się jakoś nieswojo.
Zwiedzamy urokliwy Belfast, miasto koloru cegły. Wszystkie budynki wysokie. I w sumie tyle:) Zjadłem pyszny obiad: calzone – produkcji polskiej. Porozmawiałem chwilę z Polką, pracującą w tym lokalu i wróciłem na parafię spać. Wyjeżdżając z Belfastu, mnóstwo osób nas pozdrawiało. Przypadło mi prowadzenie grupy. Jako, że byłem wyspany, to tempo było zacne. Mimo wiatru, mimo górek. Jednak gdy obok mnie pojawił się Górnik, tempo dramatycznie wzrosło:) ponad 30km/h non stop. Obaj siebie napędzaliśmy. Wyścig szybkich i wściekłych 🙂 jednak po kilku sprintach pod górkę, zostaliśmy rozdzieleni. Tempo spadło.
Dostaliśmy zgodę na nocleg w porcie promowym. Na prawdę chcę mi się spać, sprint z Belfastu dał mi się we znaki. Wcześniej Marcin prosił mnie, aby spojrzał do łańcucha Niny. Już powiedziałem, że z rana się szybko looknie, jednak coś mnie tknęło, aby sprawdzić jeszcze przed snem. Ufff – Opatrzność czuwała.  Podczas remontu – w którym zamieniliśmy pół roweru Marcina i Niny, okazało się, że ośka w tylnym kole Marcina jest pęknięta. Co mogło by skutkować odpadnięciem koła np. przy zjeździe z górki. Podmiana ze starego koła górnikowego i już o 3:30 mogę iść spać.
Wracamy szybko promem do Wielkiej Brytanii. I powrót słonecznej pogody.

SAM_2154Jedzie się dobrze. Nie mam już prawie hamulców, klocki mi się starły. Atmosfera doskonała 🙂 Wyprzedzamy się miedzy grupami… już będąc na miejscu zerwałem łańcuch…
Zaraz po przyjeździe wybieramy się na miasto. Jest mecz Polska – Niemcy. Jesteśmy bardzo miło przyjęci w barze (mimo, że śmierdzimy). Super doznanie kultury szkockiej, kultury piłkarskiej. Starsi Panowie, są nas bardzo ciekawi, większość czasu spędzam na rozmowie, tutaj dopada mnie myśl, że warto się uczyć języka, jeśli nie rozumie się, co do ciebie mówią, to wygląda się jak taki karp, który otwiera usta i nie wie co powiedzieć.  Opowiadają o tym, co wiedzą o Polsce, o swoich rodzinach, opowiadam o moich spostrzeżeniach odnośnie do Szkocji, dopytuję się dlaczego tak jest ( dlaczego nie lubią Anglików, za co kochają football, dlaczego tak bezpiecznie jeżdżą samochodami) – stawiają nam wszystkim piwko (za 6 funtów/szt). Mimo że mecz przegrany, czuję się ubogacony tym czasem.

No to pora na dzień Maryjny:)
Z samego rana, tuż po mszy świętej otrzymujemy różańce 🙂 Potem jedziemy za dziewczynami [dziś Maryjkami], tak jak zadecydował Leszek. Od drugiego etapu wiozę sakwy Beaty. Tarcza hamulcowa przeraźliwie hałasuje. Ale są fantastyczne górki. Po drodze stajemy kilka razy, dużo awarii, jest też czas na modlitwę różańcem. Kubie extremalnie skraca łańcuch. Na postoju łączy on mój 9 rzędowy, wczoraj zerwany ze swoim 8 rzędowym. Nie wiem jak to zrobił, ale jedzie:) Kolejne kilometry pokonujemy w absolutnej ciszy.

SAM_2321
SAM_2336 SAM_2338 SAM_2327

Kolejny etap i Dziewczyny pozwalają nam na radosną jazdę, bez czekania na nie. Ja z Górnikiem, Dawidem wykorzystałem go, pędząc zbyt szybko (mam łataną przednią oponę oraz słabe hamulce) w dół. Okazało się, że reszta została na górze na sesji fotograficznej. My 30km zrobiliśmy w około 40 minut 🙂 Po odpoczynku ostatni etap i totalnie zmachani docieramy do polskiego Kościoła. I tutaj doskonały finisz. Spotykamy Matkę Boską Częstochowską na obrazie, w kościele pod jej wezwaniem. Pomagamy Księdzu wchodząc do zakrystii, aby chwilę później porozmawiał z nami w kościele już po Mszy, przy parafianach. Ksiądz staje na wysokości zadania i zaprasza nas na parafię. Parafianie są o wiele bardziej kumaci, w ciągu 15 minut organizują nam bajeczną kolację i towarzystwo. Cieszą się nami, a my przyjmujemy. Doświadczamy ogromnego ciepła. Ucztujemy, a jeszcze kilka minut temu konaliśmy z głodu. Nikt z nas o to nie prosił, Pan dba o swoich:)
W niedzielę rano konsumuję doskonałe śniadanie, oczywiście z produktów od naszych przyjaciół parafian. Po radosnej Mszy świętej, spotkanie w kręgu. Było ostro, szczerze i prawdziwie. Bardzo są potrzebne takie spotkania, czyszczące atmosferę – trzeba pamiętać o tym, że każdy ma prawo do zachowania dobrego imienia i nie wolno atakować nikogo ad persona.
Później obiad, przygotowany przez kochanego Pana, który był na nocce w pracy, jednak mimo to przyszedł. Potem niedzielny shopping, bez problemu trafiamy do jednego sklepu a potem, dostajemy wskazówki jak dotrzeć do kolejnego. Ucinam sobie techniczną rozmowę o wyższości Łańcuchów SRAM nad Schimano ze sprzedawcą w sklepie, kupuję klocki do hamulca i inne części dla chłopaków, potem powrót – naprawa rowerów… i Damian zabiera mnie autem na wycieczkę na klify. Piękny człowiek. Nie dostał od nas nic, a dał tak wiele. Lekko spóźnieni wracamy na apel… Nie możemy spać, bo jest strasznie gorąco, jest masa śmiechu 🙂 faza.

Refleksja na temat szkoły na emigracji. Miejsce w którym nocowaliśmy to polska szkoła sobotnia. Dzieciaki 6 dnia w tygodniu przychodzą i uczą się polskiego, historii i religii.  Pomyślałem, że tutaj program szkolny jest bardziej normalny, szkoła na emigracji jest zdrowsza niż ta w Polsce. Lista lektur z pozycjami patriotycznymi, Kamiński, Sienkiewicz, Brzechwa.

Facebook Comments