Późnym wieczorem docieramy do portu promowego, nie mamy zgody na nocleg wewnątrz. Wybieram się z Marcinem do odległego o 6 mil miasteczka. Ciśniemy na pełnej. Po drodze pytamy o drogę. Docieramy do centrum i oto ulica Kościelna. Mijamy kilkanaście budynków, jednak jak na złość nie ma nigdzie kościoła katolickiego. Pytam harcerzy o możliwy darmowy nocleg, jednak nie potrafią mi pomóc. Wyglądają jak klony, nie potrafię ich rozróżnić 🙂  Szybki posiłek, czołówki na głowę i powrót oraz doskonała rozmowa, bogata w refleksje,  tak dobra, że mylimy drogę i musimy potem wracać z powrotem do miasteczka. Wymiana baterii w czołówkach i teraz już spokojny powrót. Spokój przerwany chwilę po tym, jak do portu przybił jakiś prom, wtedy nagle wzmógł się ruch uliczny. Jeden z kierowców zwraca uwagę, że jazda po ciemku jest ryzykowna i eskortuje nas do portu. Rozpętuje się ulewa i już widzę jaką przewagę mają namioty samo rozkładające się Quechucha. Byłem przemoczony do suchej nitki zanim rozłożyłem moją trumnę:) (JackWolfskin Gosummer)

SAM_2142

te widoki

SAM_2117

Wyspany, postanawiam zdobyć Irlandię w specjalistycznych klapkach Kobuta. Klapki + spd-y(pedały) + dresik, idealny strój podróżnika;)
Podbijam wyspę w stroju nowoczesnego pirata i już czuję po kościach, że w Iralandii pogoda nie będzie nas rozpieszczać:) Deszcz, chłód – jest znakomicie 😉
Gubimy się po drodze, ale dzięki temu widzimy cały Belfast z samej góry. Potem zjazd na pełnej, było trochę czerwonych świateł po drodze, ale Stróż dawał radę! Doganiamy ekipę – Kiebule wbił się wkręt w przednią oponę. Dostrzegalna jest duża zmiana krajobrazu, już nie ma wystrzyżonych trawniczków. Docieramy do Newry, miasteczka w którym podobno jest 1/3 Polaków. Panie w  Polskich sklepach informują nas, gdzie można spotkać jakiegoś polskiego Księdza, jednak nie udaje się nam z nim skontaktować. Uczestniczymy w Mszy, tuż pod murami zamkniętego kościoła katolickiego. Taki groteskowy to widok 🙂 Po mszy postanawiamy wybrać się do innego Kościoła, licząc na to, że tam znajdziemy jakąś dobrą duszę. Zagadujemy młode małżeństwo z dzieckiem – Polacy:) Żeby było szybciej, Sylwia zmienia profesję i towarzyszy nam jako biegaczka, a nowo poznany Pan jedzie na jej rowerze. Po drodze mijamy kilka knajp rozpusty, z tęczowymi flagami – tylko tam było dużo ludzi – w pozostałych miejscach pustki. Niestety przy kościele spotykamy się ze strachem. Osoba w środku przegania nas, nie chce nawet otworzyć drzwi i porozmawiać 🙁 – no to powrót. Po drodze pada pomysł: wybierzmy na miejsce noclegowe parking. Znowu widzimy tę nieszczęsną flagę, przypomina nam ona o tym, gdzie jesteśmy, przypomina o tym, że tutaj społeczeństwo opowiedziało za adopcją dzieci przez pary homoseksualne. Teraz jednak śpiewamy na cały głos „Polska biało-czerwoni” mijając ‚kluby’. Rozbijamy się na zadaszonym parkingu płatnym – czuć takie podniecenie, że to, co robimy jest na nielegalu 🙂 Jako że podłoże jest betonowe nie mogę rozbić mojego namiotu – wiec śpię  z Karolem (tak, w osobnych śpiworach :P) .  Gdy już prawie zasypiam, słyszę nadjeżdżający samochód i myślę – super, pewnie jakaś policja nas chce przegoni. Słyszę krzyczących mężczyzn – i tylko utwierdzam się w przekonaniu że zaraz będziemy musieli się przenosić. Jednak gdy wsłuchuję się w to co krzyczą, okazuję się że poszukują oni koni, które im uciekły. Nieco wcześniej Jola pstryknęła tym zwierzętom zdjęcie. Więc pokazujemy zaaferowanym mężczyznom ich fotografię, wskazujemy miejsce, gdzie pobiegły i idziemy spać – rozbawieni zaistniałą sytuacją.

Rano (5:00) odwiedza nas znów Polska rodzina, oferując gorące mleko, naleśniki, i szybką toaletę – piękne świadectwo – mieć niewiele, ale potrafić jeszcze tym się podzielić. Droga prosta, wzdłuż autostrady, ciśniemy na Dublin. W momencie, w którym przekraczamy granicę, da się od razu zauważyć wiele niemądrych rozwiązań w Irlandii Południowej, które zostały u nas w Polsce wprowadzone: np. ograniczenia 30 km/h na prostej szerokiej drodze – (podczas wcześniejszej wędrówki ograniczenia były o wiele bardziej ludzkie – np. w Niemczech na podobnej drodze można by było jechać 80 km/h, a w Anglii 50 mp/h).

DSC_2937(1)

Dublin. Ładne miasto, jednak nie wygląda wcale na duże. Bez problemu odnajdujemy miejsce noclegu i tutaj po raz pierwszy spotkamy się z oznakami agresji ze strony tubylców. Młodzi Irlandczycy przezywają nas od „polskich świń”. Jednak wkrótce, zaczynają się dopytywać i po informacji o tym, że przyjechaliśmy prosto z Polski, nabierają do nas szacunku, są już grzeczni i ciekawi. Potem większość czasu spędzam na naprawie rowerów… Mam jechać kupić nową oponę i części dla chłopaków… jednak okazuje się, że Edyta miała wypadek. Gdy dopytuję się, co się stało, okazuje się, że sytuacja jest nieciekawa. Noga wkręcona w szprychy. Chłopacy domagają się, abym TERAZ wsiadał do samochodu (jutro niedziela a rowery się same nie naprawią), bo sklep zostanie za moment zamknięty. Jednak tak po ludzku nie potrafię Jej zostawić… gdy już wydaje mi się, że jest względnie ok, (tak, wiem…nie powinienem dopytywać się czy mogę iść – powinienem zostać/być – tylko tyle) biegnę, jednak ekipa do sklepu już pojechała. Ach, nie można mieć wszystkiego na raz, kolejna lekcja! Wybory – takie trudne! (…) testuję patent naprawy przetartej opony na butelkę – między oponę a dętkę wsadzam kawałek plastikowej butelki pet, aby dętka się nie przecierała, zaklejam dokładnie powertapem – opona jak nowa. Z pierwszej wolnej niedzieli nici 🙁
Wieczorem kolejna radosna impreza 🙂 Z samego rana (o 11.00) Msza, na której jesteśmy największą oraz najmłodszą grupą. Radość udziela się wszystkim. Młodzi Irlandczycy patrzą na nas jak na kosmitów 🙂
Kolejna niespodzianka, darmowy obiad dla wszystkich zafundowany przez Padre Leo. Zdecydowanie nie byłoby nas na niego stać. Część osób jedzie w busie, pozostali rządni zwiedzania Dublina – rowerowo. Górnik łapie się za busa i mknie. Ja zdaję się na swoje siły, jadę w cieniu aerodynamicznym busa. W 5 minut jesteśmy na miejscu. Jemy do syta w klubie Rugby, z widokiem na piękne boisko. Tuż po posiłku szybka przebieżka po boisku. Ledwo wygrywam z Ojcem w sprincie do piłki, jestem totalnie zaskoczony, że muszę aż tak się wysilić, aby wyprzedzić o. Tomasza. Podejmujemy próby integracji z miejscową młodzieżą, jednak bezskuteczne-  nie chcą grać w nogę :/

Wraz z częścią ekipy jedziemy do centrum. Tam po przejechaniu głównej ulicy, odłączam się wraz z Pauliśką, Marcinem i Leszkiem od reszty, w celu poszukiwania średniej zębatki do korby roweru. Prawie wszystkie sklepy są zamknięte. Udaje się nam odnaleźć otwarty sklep. Jednak znajdują się tam tylko piękne rowery stylowe. Po dłuższej rozmowie z Irlandczykiem, negocjacjach i prośbach, przystaje na to, że po zamknięciu sklepu – jeśli nie uda nam się znaleźć pożądanej części gdzie indziej – pójdzie z nami do swojego serwisu i poszuka specjalnie dla nas zębatki. Okazuje się, że serwisant rozumie bardzo dobrze język polski (gdy żartujemy sobie z niego po polsku, prosi mnie, abyśmy przestali to robić, bo on ma żonę Polkę i dlatego rozumie polski. Drugim powodem, aby znać język polski – jak twierdzi – są potrzeby rynkowe. W  Dublinie mieszka ogrom Polaków, musisz znać język, aby sprzedać im produkt 🙂 Chwilę później rozmawiamy już po polsku, z żoną. Mają urocze bliźniaki. Po zamknięciu sklepu, udajemy się razem na miejsce – dostajemy zębatkę w bardzo atrakcyjnej cenie. Wieczorem adoracja i nyny.

DSC_3012

I jeszcze uzupełnienie ostatniego wpisu #3 szkockie refleksje

Coś co sobie uświadomiłem, podczas niedzielnej burzy mózgów, spotkania podczas którego mówimy sobie prawdę, czasem trudną.

To co powiedział Ojciec, totalnie do mnie dotarło. Jedyną osobą, która może wyrządzić mi krzywdę jestem ja sam. Tylko ja, umyślnie jestem w stanie, popełniając grzech, zaszkodzić sobie, swojej duszy. Więc tak naprawdę nie ma się czego bać, żadnych czynników zewnętrznych, ‚złych ludzi’, oni mogą tylko zrobić krzywdę mojemu ciału, które i tak wcześniej czy później przestanie istnieć. Świat nie może mi zadać bólu, jeśli mu na to nie pozwolę. A skoro dusza, będzie żyła wiecznie – to warto zadbać  aby wybory które dokonujemy, przybliżały nas do radości, nie do potępienia. Jeszcze kwestia ryzyka, im większe zaufanie, świadomość że Bóg Ciebie kocha, że nawet posyła aniołów aby Ciebie chroniły, to co może ci się stać? Jeśli dobrze żyjesz, to najwyżej szybciej spotkasz się z Panem.

Facebook Comments