Pora na walkę. Będzie kurz, krew, pot i łzy. Jak już kiedyś tutaj pisałem, początki są najtrudniejsze. I tak było i w tym przypadku.

Pierwszy wspólny bieg, nie pozostawiał najmniejszych złudzeń. Będzie ciężko. Próbujemy biegnąć, 1 kilometr wolnym tempem (+-7km/h) i postój, partnerka od biegania nie daje rady, musi złapać oddech, jednak ja niczym kat motywuję ją do dalszego wysiłku. Znów stajemy, i znów. A biegniemy tylko nieznacznie szybciej, niż idą przechodnie. Po wydartych 5 km koniec. Bożenka wygląda na zmasakrowaną, szkoda, że się do tego przyczyniłem, ale to dopiero początek. Chwilę potem ja wracam spać, bo przecież jestem na nogach od 20h (w tym 12 h pracy), a Bożenka idzie do swojej pracy. Kolejny raz widzimy się niecałe dwa dni później. Jest wieczór, chłód. Biegniemy minimalnie szybciej, nadal stajemy co kilka minut, Bożena prosi o postój, bo się zmęczyła, chce biec własnym tempem, raz przyspiesza raz zwalnia. Sugeruję, bez ściemy – narzucam jej wolniejsze tempo, tak, aby się nie zatrzymywać, tylko stale biec. Przebiegamy troszeczkę więcej, jednak pojawiają się problemy z oddychaniem, bo nos zamarza. Staram się uczyć jak oddychać tylko przez nos, a nie przez usta. Bieganie nocne, kolejny raz. Staję na głowie, aby motywować kompankę do niestawania. Jest minimalny progres… jednak to ja przez cały czas prowadzę monolog… Bożo nie ma jak mi odpowiadać, brakuje jej oddechu. Podobnie wyglądał kolejny miesiąc, walka ze stawaniem, moje monologi, wstawanie przed pracą, niekładzenie się spać po pracy. Wiele razy czułem, że przeginam, pojawiły się u mnie bóle głowy, problemy z widzeniem, gdy raz nie poszedłem spać po 24 godzinach pracy, biegania i ogarniania spraw harcerskich przy komputerze… Ale po kilku kolejnych treningach zaczęło się coś zmieniać. Nagle odległości bez postojów zaczęły rosnąć, 10km/13km/14km i to w coraz lepszym tempie:) Pojawiają się też rozmowy, biegaczka może już coraz swobodniej mówić podczas biegu. Coraz bardziej przyzwyczajam się do dzielenia, opowiadania co u mnie podczas porannego/wieczornego biegania. Poznajemy się bez żadnych masek. O 6/7 rano nie ma na to sił. Jesteśmy zaspani, czasem wykończeni, jednak radośni. Powili nadchodzi pierwsza próba – jazda rowerem. Zachowuję się nie całkiem fair, nie mówiąc jaka jest trasa. Jedziemy pod wiatr, nie jest łatwo, jadę pierwszy, Ona za mną. Mamy już w nogach około 30km, jesteśmy już w Oławie, teraz jeszcze tylko powrót. Tutaj gdy oglądam się za siebie, nie jest zbyt dobrze. Widzę cierpiącą Bożenkę, nie udaje jej się tego ukryć na twarzy. Zgadzam się na koleiny postój. Teraz już coraz mniej km do celu, widać już Wrocław, jednak wciąż 10km do przejechania. Słyszę pierwsze w życiu marudzenie z jej ust. Jednak dalej wytrwale walczy, koleiny postój na 7km przed celem. Docieramy po około 8 godzinach, 7 godzinach jazdy. Odstawiam rowery na klatce i jedziemy coś wszamać. Wielki zestaw w North Fish’u to jest to. Następuję, trudne pożegnanie na rondzie Reagana. Już zaczynam za nią tęsknić…, już chciałbym złapać ją za rękę, jednak czekam.

Następny trening, odbywamy dopiero po kilku dniach, informuje mnie, że ledwo wchodzi po schodach, czy to do mieszkania, czy to w pracy… Kolejny trening, odbywa się już w znacznie większym tempie. Bez postojów, dłuższa odległość 🙂 Kolejny rowerowy wypad, to nocna jazda w kierunku Sobótki. Gubię jednak trasę… i jedziemy trochę po omacku, jednak udaje się zachować zimną krew, chyba trochę mi ufa skoro nie panikuje. Pierwsza jej dłuższa jazda ‚po ciemku’. Wracamy około 1 w nocy- a jutro do pracy.

W chwilach między treningami pojawiają się spacery, długie rozmowy, czasem(rzadko) jakaś knajpa(MC). Sam zaczynam wspominać o relacjach już przebytych… Jednak gdy tylko pojawia się temat dlaczego ja nic nie robię (w sensie z Bożenką), gram głupa, ściemnianie ciężko mi idzie i wychodzę na idiotę, denerwując tylko przyszłą partnerkę. Po co zaczynałem temat?

Kolejny dzień {w sumie to całkiem istotne jest co robiliśmy dzień wcześniej – to wyjazd, pielgrzymka harcerska do Henrykowa. Wstaję rano, biorę sporą dawkę gripexu, żeby jakoś żyć. Mimo że w mojej gromadzie (grupie harcerzy, którą prowadzę) frekwencja była niewielka, to słońce, kilka kilometrów trudnym terenem, potem kilka zabaw i wielka rozwałka w gałę – czuję ogromne zmęczenie. Kładę się około 20 spać. Budzę się spocony w środku nocy.} około 7 rano, dzwonię (albo Bożenka dzwoni do mnie) i mówię jak się czuję, ale ustalaliśmy wcześniej, więc umawiamy się co do logistyki wyjazdu.

Jedziemy, po zakupach w Decathlonie, robi się już 11-ta. Pada deszcz, wieje wiatr, ale cóż trzeba jechać na wyprawie nie będzie wcale lżej. Jest trudno, czuję, że mam coraz mniej sił. Podejmuję decyzję o odpoczynku. Obawiam się, że to już koniec, że trzeba będzie się poddać i koniec z marzeniami o wyprawie. Jednak decyzję odkładam na później. Zjadamy nasze mini zapasy Chałwy (wtedy jeszcze nie wiedziałem że ma niezdrowe tłuszcze trans) i godzinna drzemka, modlę się żeby nie padało podczas snu (..) Walczymy dalej, skręcamy w stronę przełęczy Tąpadła. Pokonujemy ją całkiem niezłym tempem. Szybki zjazd, Bożena informuje mnie, że nie lubi szybko zjeżdżać rowerem. Jesteśmy już na dole, za Wirkami, przekazuję Jej informację, że musimy wracać tą samą trasą (wiedziałem że istnieją inne drogi – jednak sam nimi nigdy nie jechałem). Podjazd jest trudny, staram się motywować, zachęcać jak tylko mogę. Po osiągnięciu szczytu, radość na twarzach. Teraz pozostaje tylko zjechać na autobus do Wrocławia do Sobótki.

…jesteśmy na przystanku 3 minuty po odjeździe ostatniego autobusu :/ pozostaje tylko jedna możliwość: powrót rowerem. A do ostatniej Mszy w dniu dzisiejszym pozostało około 3h. Po drodze błądzimy, nie znam dokładnie trasy, gps w telefonie kompanki niezbyt pomaga. Urywam kabel od przedniego oświetlenia przy moim rowerze. Otrzymuję od B. czołówkę, dojeżdżamy do głównej drogi z Wałbrzycha do Wrocka [35], szybka decyzja, jedziemy dalej już nią. Ciśniemy ile się da w nogach. Zastanawiam się skąd Ona ma jeszcze tyle sił w nogach. Chyba teraz jedzie już wyłącznie na wiarę. Pokonujemy trasę dość sprawnie. Bielany Wrocławskie, decyzja – jedziemy prosto, najkrótszą drogą. Samochody trąbią, modlę się, żeby nic nie najechało Bożo, docieramy na pętle Krzyki. Macham motorniczemu, aby chwilę poczekał. Wpadamy do środka z rowerami. Szybkie ogarnianie, jest dużo radości. Już prawię się udało – ale jesteśmy porąbani 🙂 Docieramy z kilku minutową obsuwą (max 10min.) na Mszę w Niedzielę Palmową. Wracamy powoli do Bożenki, rower do płotu, ja wracam do Siebie, coś się zmienia… nie czuję obaw myśląc o wspólnej przyszłości.

Jest już coraz mniej czasu do pierwszej wyprawy przygotowawczej z Niniwą. Szybki wypad na Święta do domu, spotykamy się u B. w mieszkaniu, czekają już tam nasze rzeczy w sakwach wraz z rowerami. Nie sprężamy (w szczególności ja leżący jak kłoda na dywanie) się, skutkuje to potem stresem i pośpiesznym wybiegnięciem na Dworzec PKP. Nie udaję się nam kupić biletu w biletomacie. Jest z 7 min do odjazdu pociągu. Bożenie udaję się kupić bilet w informacji (czy tam biurze IC). Wchodzimy do pociągu i poznajemy kilku przyszłych uczestników Niniwa teamu. Atmosfera jest doskonała, wkręcam się strasznie w rozmowę o sprzęcie. Żarciki, śmiech … jest radość:) Docieramy już sporą grupką do celu – Kokotka. Dobrze jest widzieć tych wszystkich szaleńców. Jestem trochę rozerwany między zapewnieniu Bożence komfortu w nowej grupce, a spędzaniu czasu z wyprawowiczami. Zaczynam też dopieszczać sprzęt innych – rowery, pedały:), manetki, hamulce, ciśnienie w oponach… i robi się już prawie 00:00.

Rano Msza i w drogę. Jest zimno.

Jadę na budżetowym sprzęcie, tylne koło za 10zł z demobilu, przednie ze stodoły u Wujka – ma z 30 lat, kierownica owinięta dętką, opona uleczona butelką pet jeszcze z poprzedniej wyprawy Radość Życia, manetki biegów i hamulców to już radosna twórczość. Na pace 4 duże sakwy. Bożenka jedzie bez sakw.

Jest już po 21, a my nadal jedziemy. Oszukiwałem i przez długi czas jechałem w innej grupie, aby jechać z Bożenką. Wita nas ksiądz Bartczak. Trochę zmęczeni kładziemy się spać. Rano otrzymujemy informację że dzisiaj nie jedziemy dalej…:) nanana.

Czymś świetnym, była dla mnie wymiana zdań między Ojcem Tomkiem a Ojcem Kubą.

-Kuba, zaśpiewasz nam?

-Nie chcę mi się.

-No dawaj.

-Mikrofonu nie ma.

-Ja mam Ci go przynieść.

-Dobra, już idę.

I mega zaspany Ojciec Kuba Bartczak daje czadu , „… w Boga i prawdę, po prostu wierzę!”

Po super śniadaniu, udajemy się na górę Ślężę. Wchodzimy, razem z Bożo, rozmawiając trochę z Ojcem Kubą. Jesteśmy pierwsi, na górze trochę zimno. Po Mszy, udajemy się na wieżę. Jest ładnie. Podczas schodzenia, włączam tryb kozicy, aby przetestować, to czego się nauczyłem w książkach o bieganiu po górach. Ale super, zbieganie na pełnej, po kamieniach, po śliskim – i zbiegłem w 9 minut. Położyłem się u podnóża góry i spałem z 30 minut. Gdy dotarli inni, kontynuowaliśmy spacerek powrotny.

Następnie rowerem do Kapliczki w Sulistrowiczkach, a potem … ściganie z Chłopakami bez sakw. Była rura. Dalej to już naprawianie rowerów, było klika wypadków na 20 km pętli. Bożenka, prawie mi się popłakała, bo uważa, że jest najwolniejsza i zostawała na ogonie. Rozerwanie między przytulaniem jej i służbą innym, takie trudne(w końcu nie byliśmy razem). Trochę mi się smutno zrobiło, jak wszyscy pojechali, a ja tylko z Kroczkiem, zostałem walczyć z upierdliwymi rowerami. Ale za to bardzo radosna informacja, to pozostawione 2 kiełbaski z ognia dla mnie:) Dzielenie tak bardzo, wiadomka z kim. Rano, kolejny podjazd na Tąpadła. Dalej kulamy się w kierunku Gór Sowich. Bożenka walczy dzielnie, trochę zostaje, ale minimalnie. W Dzierżoniowie, trochę przeginam, jadę po ścieżce rowerowej, po trawniku, i wkrótce sprzęt mówi dość. Przebija mi się przednia opona. Około 20 minut zajmuję jej wymiana. Teraz mam założona oponę szosową i niewielkie ciśnienie. W trójkę gonimy resztę ekipy. Niedługa dołącza do nas Luka. Jest trochę czasu na męskie rozmowy, ślimaczymy się pod górkę, wkrótce zaczyna padać deszcz, doganiam B., która zmaga się z górką. Już prawie szczyt, widzę Waxa wracającego po Agatę. I sam nie wytrzymuję i pomagam Bożo na ostatnich metrach. Następnie zjazd, przemarznięcie. Tracę tylny hamulec (złamana linka). Jedziemy dalej, pomagam dziewczynom na podjazdach. Wkrótce potem czuję, że mi coś ciężko i patrzę, a tu flak z przodu. Podczas próby pompowania, okazuje się, że wentyl uległ destrukcji. Wymiana dętki (to już ostatnia którą mam). Chwilę potem dojeżdża Paulina z Przemkiem. Turlamy się dalej. Docieram cały brudny na parking tesco, spóźnieniony o 10 minut, jednak z ekipom wyrabiamy się z przygotowaniem jedzenia. Dalej już Czechy, jeszcze przed przejściem granicznym rozmawiam z kierownikiem z pracy, jadąc pod górkę:) Po drugiej stronie równe drogi. I dużo krótkich podjazdów. Sam zostaje trochę z tyłu. Potem czekamy z pół godziny, na resztę. Bożenka dociera całkiem szybko, jest zaskoczona że nie jest ostatnia… a za nią jeszcze cała grupa. Już o Ciemku śmigamy do Polski, docieramy do domu rekolekcyjnego w Głuchołazach. Kolacyjka do pełna:) i jump do śpiworka. Następny dzień to trudne wygramolenie się z rana (tak mokro) i jazda w arktycznych warunkach 0 zimno i mokro. Oddaję rękawice pewnej Niewieście, u mnie super sprawdza się patent skarpetek i foliówek na ręce(cieplutko i sucho). Prowadzę przez jakiś czas kolumnę, potem przed nami jedzie Paulina z obstawą i wyprzedza nas autobus. Naglę widzę tylko czerwone światła od stopu, natychmiastowa decyzja – uciekam na bok, krawężnik jest tutaj akurat niższy. Bum i jestem już na nogach, rower leży. Widzę jak Bożenka przewraca się i ląduję na rękach. Innym udaje wyhamować. Bożo wstaje i mówi, że wszystko ok. Kierowca-debil autobusu od razu odjechał. Po upewnieniu się, że wszyscy inni są cali, patrzę na mój rower. Przednie koło od spotkania z krawężnikiem zawinęło się jak makaron na talerzu. Krótka rozkmina, oddaję wszystkie sakwy chłopakom. Decyduję się na łapanie stopa (to już tylko 20km do celu). Po 10/15 minutach udaje mi się złapać Opla Corsę, prowadzoną przez miejscowego. Podwozi mnie z 4 km, tak że akurat doganiam jadącą ekipę, przypadkiem widzę Bożenkę (i ona mnie też z okna auta). Za moment kończę podróż. Hmm, spoglądam na te moje nieszczęsne koło. Postanawiam coś z nim zrobić, skoro powietrze nie uciekło jeszcze z opony. Kładę rower na ziemi i zaczynam po nim skakać. Powróciło prawie do swojego kształtu (bicie 5cm w jedną stronę) i jadę dalej, (możliwa jest jazda z 20-23km/h). Jazda na zdemolowanym sprzęcie, sprawia mi dużo radochy – tak jak bym chciał oszukać przeznaczenie. Nie mam hamulców, ale wciąż posuwam się do przodu. Jakieś pół godziny później, spotykam ekipę pod sklepem, krótka konsultacja co do trasy (nie chcę jechać z grupą, bo stwarzałbym niebezpieczeństwo) i jadę samotnie. Kilka wskazówek po drodze od mieszkańców i docieram do Domu rodzinnego Ojca Tomka 15 minut przed grupą. Rozmawiam chwilę z Prowincjałem, potem doskonały obiad, przygotowany przez Mamę Ojca Tomka.

Dalej, O. Tomek rozmawia z Bożenką, pada warunek -> chcesz jechać na główną wyprawę – to kolejna przygotowawcza z sakwami i bez niczyjej pomocy. Nie wracamy już do Kokotka, tylko na pociąg. Pakuje na rower, którym jechała Bożo 4 sakwy na tylny bagażnik. Prowadzimy je na Dworzec. Kupuję bilety trochę zbyt długo, Pani nie potrafi sprzedać 3 biletów z rowerami, trochę poirytowany, zostawiam kartę Bożence. Sam biegnę z rowerkiem na pociąg. Tutaj próbuję zatrzymać odjazd pociągu, tak aby B. dobiegła… jest jeszcze 2 min od planowanego odjazdu. Jest krótka spina, na szczęście udaje się nam wbić do pociągu. Bożence udaje się mnie uspokoić:)

Po powrocie z wyprawy, mija jeden dzień, drugi. Informuję Bożenkę, że potrzebuję trochę czasu dla siebie, że uważam, że potrzebujemy trenować trochę każdy w swoim zakresie. Nie zdaję sobie sprawy, że tę sytuację traktuje Ona, jak moje wycofywanie się z budowy relacji. Jest jednak zdecydowanie inaczej, potrzebuję trochę czasu na zebranie myśli. Na oswojenie się z decyzją, że chcę czegoś więcej.

Kolejne tygodnie mijają błyskawicznie, trochę treningów, wspólnego dobierania części do budowy roweru Bożenki. Jednego wieczoru wybieramy się w nocy na Ślężę, ćwiczymy nocne podjazdy. Wracamy i baaardzo marzniemy. Trzęsiemy się jak galaretki, a wystarczyło tylko zabrać ze sobą polarek. Kolejny wyjazd harcerski do ogarnięcia. Po nim od razu chcę się spotkać z B. Na Jej pytanie dlaczego -> odpowiadam – Ach tak się już przyzwyczaiłem, do spotkań z Tobą (sic!). Oprócz spotkań rowerowych udaje się nam czasami na spokojniejsze widywania.

Tak – już wiem, że dojrzałem do pewniej decyzji. Na jednym z kolejnych spotkań, mam szczęście usłyszeć kolejne Tak, od Panny Bożeny Żak. Hurra – zgadza się i jesteśmy od tej pory razem.

Wkrótce później… kolejna wyprawa. Zdaję sobie sprawę, że teraz będzie trudniej. Nie będę na całym wyjeździe. Bożena będzie musiała sobie na niej radzić sama, beze mnie.

Pakujemy rowery na ostatnią chwilę, coraz mniej czasu do odjazdu pociągu… „Chciałam ogarniętego” – rozbrzmiewa gdzieś w biegu.

Wpadamy na dworzec, zostaję z rowerami. Bożo próbuję kupić bilet, nieskutecznie… kolejki. Sprawdzamy alternatywne połączenia do Lublińca… coś jedzie jednak długo i późno…wrrr. Podejmuję decyzję, że(generalnie to się strasznie motam) jedziemy busem, jednak logiczne myślenie Panny Żak, zadziałało i stwierdziła że w sumie to pociąg czeka jeszcze na peronie i możemy kupić bilet od konduktora. W sumie racja – siup do pociągu. Jedziemy. (Jest bardzo ciasno). Bożenka wyciąga wcześniej przygotowany słoiczek z mięsnym obiadem – takimi zagraniami kradnie mi serce 🙂

Siadamy sobie na schodach przy drzwiach, słychać szum, nie ma komfortu, wyglądamy nie najlepiej, ale jest cudownie, bo jesteśmy razem.

Pojawiamy się w Kokotku, teraz już w trochę skromniejszym gronie. Przymiarka strojów, ostatni przegląd rowerów i spanko.

Rano Msza i w drogę. Tempo jest zawrotne, już po pierwszym etapie Bożenka ledwo dogania resztę ekipy. Zaczynam tracić nadzieję. Jest źle. Uczestnictwo Bożo w wyprawie staje pod dużym znakiem zapytania. Ojciec stawia ostre warunki. Od teraz każde próby pomagania i korzystania z pomocy (pomaganie ręką, wiezienie cudzych bagażów), będą karane dyskwalifikacją. Już po pierwszej górce po przerwie, Ona zostaje z tyłu. Chcę z nią zostać i jakoś ją motywować. Jednak, Bożena prosi żebym jechał. Z ogromnym bólem serca się zgadzam. Wytłumaczyłem to sobie tym, że tak unikniemy podejrzeń o próby oszukiwania (pomagania z mojej strony). Jadę najszybciej jak potrafię, wyjąc ze złości. Wyprzedzam 2 grupę, jadąc x2 szybciej od nich. Dołączam do swoich, w podłym nastroju. Trochę to wszystko bez sensu, czy mogłem zrobić coś jeszcze. Przypominam sobie wspólne treningi, przecież robiliśmy wszystko jak należy. Więcej się nie dało. Kolejny postój…:( aby podnieść trochę morale, idę do sklepu. Kupuję czekoladę, dużo chipsów, jakiś izotonik. Aby się trochę uszczęśliwić, że robię coś dobrego – dziele się słodyczami w kółku. Potem krótka rozmowa z Księdzem, który próbuje mnie pocieszyć. Ja doskonale to rozumiem, wiem, że Bożo musi dać radę utrzymać tempo. Że to za duże ryzyko, brać kogoś za słabego na wyprawę. I nagle po tym, jak już sam niemalże straciłem nadzieję, dzieje się taki mini cud. Widzę mały korek, a na jego czele jedzie twardo Bożenka:) od razu skaczę z radości na jej widok. Umordowana, ale z uśmiechem na twarzy. Ściskam ją mocno, Kasia też ją czymś częstuje. Jupi, wracają mi chęci do życia i dużo sił.

Wjeżdżamy do Krakowa, tam staram się jak mogę,tamując ruch gdzie się da, żeby grupa mogła bezpiecznie przejechać. Trochę te przyspieszenia mi dają w kość. Bożenka zostaje trochę w tyle, zastanawiam się, czy dotrze bez większych problemów na miejsce noclegu. Jednak po dotarciu na miejsce, już po 3-5 minutach widzę upartą postać. Jest całkiem nieźle. Niedługo potem loguje się, żeby popracować zdalnie na laptopie. Jeszcze przed snem Msza, regulacja rowerów. Kilka razy przysypiam. Rano po 6 oddzielam się od ekipy i wracam do Krakowa na pociąg, aby pójść na 18 do pracy. Licząc i wierząc w to, że Bożo da radę.

Około 23:00 dostaję telefon. „Jestem gdzieś w Tatrach Słowackich, nie wiem, gdzie jest reszta – proszę podaj mi nr do Kroczka” – wysyłam nr – niestety w odpowiedzi dostaję info, że nie ma zasięgu. Kilkanaście minut później, rozmawiam z Bożenką, że przez przypadek spotkała na trasie Pana Leona, który naprawił jej potem zerwany łańcuch, a potem dzięki włączonemu roomingowi w jej telefonie, udało jej się +/- dotrzeć w miejsce domniemanego noclegu. Potem dzięki jej czołówce dostrzegli odblaski w lesie i odnaleźli grupę. Uff , z duszą na ramieniu, trochę zestresowany mogłem pracować dalej. Co to za Kobieta? Jeszcze kilka tygodni wstecz, bała się ze mną jeździć o ciemku, a teraz sama zdobywa Tatry nocą, w innym kraju. Rano, dowiaduję się szczegółów noclegu. Okazuję się, że inni przestali już wierzyć w Bożenkę i nie zostawili miejsca do spania w namiocie (nawet go nie szukała, bo nie chciała nikogo budzić). Spała pod daszkiem, podczas deszczu w swoim cienkim śpiworku. Gdy to usłyszałem to stwierdziłem, na prawdę super super Bożenka, ale nie mogłem już spać po nocce w pracy. Kolejny dzień, to dużo Litanii do Św. Rity. Skuteczna jest – wieczorem dostałem informację, że dzisiaj przez większość dnia dawała radę, jadąc po górach. Dobrze, uspokoiłem się wiedząc, że to dobra informacja, jest cień szansy na zgodę Ojca na jej wyjazd na wyprawę. Dostałem też informację, że uległa niewielkiemu wypadkowi. W rzeczywistości dość rozlegle się poobcierała i nabiła sobie kilka śliniaków przy niewielkiej prędkości. Hmm, jednak przez telefon nie dawała po sobie znać, że jest źle…

Zaraz po ślubie Witka, dostałem telefon, że za jakąś godzinkę będzie na miejscu. Ogarnąłem jeszcze wyścig MTB podczas festynu parafialnego w ramach zbiórki harcerskiej na Książu Małym. Wracając, o mało co nie miałem wypadku samochodem, uff anioł stróż działa. I widzę Ją – bardzo zmarnowaną. Spalona od słońca, zmęczona, jednak w oczach błysk. Na początku nie powiedziała nic. Wkrótce potem, opowiedziała mi o tym, że musiała trochę powalczyć, o zgodę na wyjazd, nie tylko fizycznie, ale też słownie. Uparta, walcząca do końca – otrzymała warunkową zgodę.

Kilka godzin później, jesteśmy w moim rodzinnym domu, Bożo pierwszy raz. Atmosfera jest dobra, rozmawiamy do 2 w nocy, rodzice „cisną” mi, jak się tylko da. Kolejnego dnia po Mszy, spędzamy trochę czasu na pogotowiu, ręce B. zaczynają puchnąć. Dostaje kremy i antybiotyk. Wygląda to dość nieciekawie, jest cała spalona od Słońca, taka czerwona. Na szczęście po kilku dniach opuchlizna schodzi. Ta wyprawa kosztowała ją sporo…

Kolejny wyjazd to pierwszy taki razem, z noclegiem w środku. Dzień idzie dość gładko. Pierwszy raz ćwiczymy z pulsometrami. Dużo jazdy, pogoda umiarkowana, temperatura nie przeszkadza. Umiarkowane marudzenie i znowu muszę nałożyć maskę nieempatycznego kata/trenera, który musi wymagać. Następny dzień nie jest łatwy -> zaczynam od urwania mocowania bagażnika, potem jadę tylko z przednim hamulcem – na szczęście jest skuteczny. B. nie czuję się tego dnia dobrze, jednak walczy dziennie. Pokonujemy dość długą i wymagająca trasę, staram się ją motywować, zachęcać. Krótka drzemka, przy pastwisku krów była potrzebna. Potem, drażnię się trochę z B., po czym pokazuje mi popisowy sprint na Tąpała od strony Wir, tętno powyżej 185. Odzyskała siły:) przed 21 dotarliśmy do busa, postawionego między Sobótką a Wrocławiem. Miałem trochę mieszane uczucia co do osiągniętego celu. Jednak analiza trasy, ucieszyła nas – ponad 260km i 3300m podjazdu. Jest progres. Pozostały teraz indywidualne i regularne treningi, co drugi dzień.

keep-calm-fight-hard-and-leave-the-rest-to-god

Teraz już po ludzku robimy wszystko co się da, pozostaje oddać to Temu na górze. Jeśli mamy jechać, to tak się właśnie stanie. Jeśli nie, to pewnie przygotowany jest lepszy plan dla nas.

Facebook Comments