Jadąc do tej pory po Anglii, porównywałem krajobraz do tego, którego zobaczyłem w Top Gear’rze ( brytyjskim show motoryzacyjnym) oraz do tego co widziałem i co pamiętałem ze starej gry Rally Championship. Kręte drogi, plączące się między rezydencjami rodem z bajek. Wkrótce mijamy rzekę, następuje totalna zmiana krajobrazu. SAM_1961

Bardzo zadbane miasto, życzliwi i mili ludzie, bardzo wysoka kultura, nawet u kierowców (współtowarzysze twierdzili, że po prostu Szkoci nie potrafili wyprzedzać na drodze). Niekończące się pastwiska, urokliwe pagórki, biegające krowy (sic!). Podejście – mamy wystarczająco dużo czasu. Znowu jest gorąco, ale teraz wytrzymuję to już jakoś łatwiej. Niemalże zerowy ruch samochodów. Doskonale się bawimy: rozpędzając, wyprzedzając i podjeżdżając pod niekończące się wzniesienia. Jak w innej bajce. Jesteśmy tu i teraz, nic innego się nie liczy. Żyjemy! Podczas postoju zagaduje mnie Niemiec, podróżujący w przyczepie kempingowej. Okazuje się bardzo miły. Robi koło po Europie, Szwajcaria, Francja, Wyspy… nie ma ze sobą pieniędzy na nocleg,  ani na jedzenie. Żyje z tego, co dostanie. Proponuje mi nawet naładowanie telefonu, albo coś do picia. [Dziękuję grzecznie, bo podczas wyprawy postanowiłem, że nie będę korzystał z telefonu – najbardziej bałem się, że gdy zostanę z tyłu to nie będę miał jak wezwać pomocy. Nie miałem też żadnych środków na koncie w telefonie, więc w nagłej sytuacji musiałbym szukać sklepu i możliwości naładowania telefonu przez micro usb.]
Chwilę później dowiaduję się, że zna kilka słów po Polsku, bo był kiedyś w związku z Polką. Nieco później dzielę się z tym z resztą grupy i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu reagują oni wielkim hejtem, atakując słownie Niemca (rypiąc dupę!)

Po jakimś czasie dojeżdżamy do Edynburga, stolicy Szkocji. Śpimy tuż przy salce parafialnej, możemy z niej korzystać (jeść w środku, ale nie możemy w niej spać???) Poznajemy Maćka, który jest opiekunem parafii (kościelnym). Jest kilka lat ode mnie starszy, ma 4 dzieci, pracuję na 0,5 etatu i żyje godnie, bo nie musi więcej pracować: państwo pomaga. Trochę to dla mnie zaskakujące, że tak można.
Chwilę później dostajemy pozwolenie na odprawienie Mszy świętej, która ma dla mnie bardzo zaskakujący – mistyczny charakter. Było w tej mszy coś bardzo N.I.E D.O  O.G.A.R.N.I.Ę.C.I.A.
Kolejny dzień, zaczynamy wizytą u Arcybiskupa. SAM_1907Piękna rezydencja, rodem z filmów o agencie 007. Znajduje chwilę czasu, aby z nami porozmawiać. Następnie udajemy się na coroczny Festiwal Edynburga. Oczekiwałem zetknięcia się z tradycją, z historią, ze zwyczajami szkockimi, irlandzkimi. Jedynymi z „tradycyjnych” aspektów jakich dotknąłem, były: obyczaje dalekiego wschodu. Przytłaczał mnie gwar i brak jakiegokolwiek konceptu. Brakowało oparcia występów na jakiejkolwiek wartości, wszędzie popisy w stylu: Idol, XFactor. Chyba trafiłem na pokazy w złym czasie, chociaż podczas rozmów ze starszymi mieszkańcami miasta, usłyszałem, że tutaj jedyną wartością dla młodzieży jest dobra zabawa. Gdy przechadzałem się między ludźmi, kilkukrotnie minąłem transwestytów. Osoby dużo wyższe ode mnie. Około 190, bardzo szerokie w ramionach, do tego jeszcze na obcasach i wystylizowane na kobiety. Dziwny to był dla mnie widok, zwłaszcza że poruszali się swymi kocimy ruchami, a w pobliżu były małe dzieci. Chwilę później wraz z niewielką ekipą, wybraliśmy się w kierunku jakieś knajpki z jedzeniem. Jednak po drodze, zobaczyliśmy górę, praktycznie w środku miasta. Decyzja – próbujemy wjechać. Mi udało się ją zdobyć, mimo opon o szerokości 1,1 cala. Pomogło przełożenie 22×34. Będąc niemal na samej górze, podziwialiśmy architekturę starego miasta oraz znajdujące się  w oddali wybrzeże oraz Morze Północne. Zaskakujące było dla mnie, że prawie na samej górze znajdował się cmentarz (tak pomyślałem), później dowiedziałem się, że krzyże, które się tutaj znajdują, to wynik samobójstw dokonywanych przez kobiety w ciąży oraz młode samotne matki. To była dla mnie bardzo przygnębiająca informacja. Chwilę później zjechaliśmy (nawet Sylwia dała się namówić na zjazd) i wróciliśmy na miejsce festiwalu. Ja niestety nie za daleko ujechałem, po raz kolejny poluzowała mi się korba i odpadło mi jedno z jej ramion. Więc wracałem na miejsca spotkania, pedałując jedną nogą(pod górkę i nawet dawałem rade), trzymając pedał w ręce.

Po powrocie na miejsce noclegu rozpoczęła się Adoracja Najświętszego Sakramentu, ale ONA była potrzebna, trwała prawie 2h i nadal to było krótko.

Next day… to szybka jazda drogą szybkiego ruchu wzdłuż wybrzeża. Karambol rowerowy na 100m przed końcem trasy oraz niepokój przy wyczekiwaniu na nocleg. Niepotrzebnie się baliśmy – Pan daje zawsze tyle ile potrzeba, wystarczy tylko uzbroić się w cierpliwość.

Następnego dnia, zostaliśmy w dość niemiły sposób obudzeni, poczuliśmy się przepędzani i to w dodatku przez Polaków. Msza, podczas której mieliśmy prowadzić śpiew oraz obstawiać czytania, została nam zabrana, przez zamkniętą, małą wspólnotę Polaków, którzy co niedzielę się tym zajmowali. Było to smutne, że zostaliśmy nazwani „śmierdzielami” i przez to nami gardzono, jednak wkrótce miało się to zmienić.

Zostaliśmy przedstawieni jako grupka Polaków, która jedzie i tyle, jakiś taki strachliwy ten Ksiądz który nas przedstawiał. Więc mam w myślach tylko jedno: słabo – jesteśmy w miejscu, w którym nikt nas nie chce. Ale Duch Święty działa jak chce i zadział podczas kazania Ojca Tomka. Było tak niesamowicie płomienne, podrywające serca… wzbudzające łzy w oczach mężczyzn…BYŁ OGIEŃ!
Momentalnie znów poczułem się jak u swoich. Podczas ogłoszeń nie prosiliśmy o nic, a kilka sekund po mszy nastąpiła taka samoorganizacja wspólnoty, że to naprawdę niepojęte. Zostały nam zabrane ubrania do prania, ja pojechałem z panem Wiesiem do jego mieszkania, gdzie mogłem się wyprysznicować, ogolić, napić super soku jabłkowego, przejechać 200 konną Audicą. Ten dobry człowiek jest kierowcą Tira, pracuję wokół Aberdeen i od kilku lat jest związany ze wspólnotą przy kościele, w którym się zatrzymaliśmy. Po dobrze spędzonym czasie, zostaliśmy odwiezieni na miejsce, by kilka minut później jechać ponad 30 mil, na grilla do kolejnego dobrego Polaka ze wspólnoty. Dostaliśmy tam bardzo dużo, chillout, piwko (szkoda, że nie lubię piwa :/), karkóweczka, hot dogi, plażing, smażing  i widok na ocean. Po tak zacnym relaksie zostaliśmy odwiezieni, słuchając po drodze, jak można żyć w Szkocji. Można wykonywać naprawdę podstawowe prace (praca w Tesco), a odkładając kilka lat, kupić mieszkanie za gotówkę, samochód i utrzymać 6 osobową rodzinę. Przez dzień pełen wrażeń, nie miałem za dużo czasu na naprawę rowerów. (…) trochę ubrudzony poszedłem na wieczorny apel, gdzie wspólnie z ekipą wysłuchaliśmy fenomenalnego świadectwa wioślarza, bądź jak to mówił Ojciec „wieślarza”, godne uwagi -> „nie liczą się sukcesy jakie osiągasz po drodze, trofea, które zdobywasz, liczy się to jakim człowiekiem stajesz się przez pokonywanie siebie, pokonywanie trudności i jaki jesteś wtedy dla innych, jakie dobro wynika z twojej walki dla drugiego człowieka”.  Po konferencji wracam walczyć z rowerami, gdzieś koło północy odkrywamy, że koło Pauliny jest „martwe” i trzeba kupić nowe.

Kolejny dzień to widok wschodniego wybrzeża, złotych pól, biegających krów! oraz smak darmowej kawki z rana (Ojciec fundował), co prawda obsługa kawiarni była fatalna…ale nic to 😛SAM_2019

Podczas wieczornej Mszy, modliliśmy się w dwóch, a właściwie w trzech językach. Tym co nas spajało, były pieśni po łacińsku, rodem z Taize. Piękne to było, chwilę potem zostaliśmy zaproszeni przez wspólnotę na kolację. To było wspaniałe doświadczenie – starsze osoby ze wspólnoty zrezygnowały z przygotowanej dla siebie kolacji i dały niemalże wszystko nam. Wkrótce dojechali chłopacy, którzy ruszyli w poszukiwania nowego koła. Kolejną ciekawą aktywnością, którą się zajmujemy, jest ściągnięcie kasety ze starego koła Pauliśki. Ilu facetów jest do tego potrzebnych? – trzech. Po 30 minutowej walce udaje się.

Kolejny dzień i ‚pierwotne piękno’ jeziora Lochness. Prześliczna droga, urwiska, zwisające skały, góry tuż nad jeziorem. Jest na co popatrzeć. Irytujemy trochę kierowców… koszt zachowania piękna tego terenu to tylko jedna wybudowana droga.
Gdy zatrzymujemy się na skrzyżowaniu, identyfikuje nas Krzysiek. Odważny autostopowicz z Polski (z Jarosławia). Zaciekawił mnie on swoim podejściem do podróżowania. Wędrował z bardzo niewielką ilością pieniędzy, żył głównie z tego, co otrzymał od innych, zainspirował mnie do podróży w samotności, do podróży w głąb siebie. Różaniec w ręce, Jezus jako towarzysz i w drogę… chyba w tym momencie nastąpiła we mnie incepcja. In to the wild – ale w inny sposób, nie odseparować się, ale wybrać się w głąb, aby później się tym podzielić.

SAM_2046
Wieczorem przeżywam swoisty test na pokorę i cierpliwość. Mając już dobry nocleg, nadal szukamy innego. Już mam hejtować wszystko dookoła, marudzić, ale jakimś cudem udaje mi się ugryźć w język i spokojnie przyjmować rzeczywistość taką jaką jest 🙂 SAM_2094Przed snem jesteśmy masakrowani przez muszki, niczym lewak masakrowany przez Wiplera 🙂

Kolejny poranek to spina, którą na szczęście udaje się ogarnąć. Wszyscy jedziemy dalej!

SAM_2077

Pagórek za pagórkiem, zielony trawniczek, płotek z kamieni – Szkocja w oddali swym pięknem się mieni.

NIESAMOWITE widoki, wjeżdżamy w sam środek pasma górskiego, park narodowy. Naprawdę trudno opisać ten widok, tak samo jak trudno było cokolwiek powiedzieć, gdy to się oglądało. Cokolwiek bym nie powiedział, jakichkolwiek bym słów nie użył…ta mistyka gór, była przytłaczająca. Jedyne co mogłem zrobić, to ofiarować moje siły, licząc  na to, że góry pozwolą podejrzeć się jeszcze troszeczkę. W momencie, w którym jesteśmy u szczytu… gwałtowna zmiana pogody, temperatura spada do 7 stopni, koniec ceremonii, gęsta mgła. SAM_2516Udaję mi się utrzymać odpowiednią temperaturę ciała, co chwilę staję, ubieram się, rozbieram, doganiam resztę i cały czas jest mi ciepło. Cieszę się jak dziecko, pokonując fantastyczny zjazd w ulewnym deszczu, przy temperaturze 6 stopni, żaden samochód nie próbuje mnie wyprzedzić, momentami 60 km/h. Stajemy na postój przy hotelu. Takie chwile lubię najbardziej. Każdy wie, że jest trudno, to bardzo integruje, wspieramy się jak tylko możemy. Każde dobre słowo czy gest jest w tej chwili na wagę złota. To, że obok mnie jest ktoś, kogo próbuję kochać i on to przyjmuje jest niesamowite. To, że ktoś dostrzega we mnie człowieka, swojego brata, to umacnia.
Kolejną fantastyczną lekcją pokory i wzmocnieniem poczucia siły wspólnoty, była sytuacja z moją pękniętą oponą. Jadę sobie…jadę i nagle eksplozja, nie mam wątpliwości – to moje koło. Jest źle, własnymi siłami nie jestem w stanie tego naprawić. (…) Gdyby taka sytuacja przydarzyła mi się 2h wcześniej (60km/h na zakrętach), w najlepszym wypadku mógłbym już tylko jeździ z pękniętym kręgosłupem na rowerze trójkołowym. (…) Proszę o szybką pomoc, jedna osoba wykonuję telefon (Strzała) , kolejna daję oponę (Michał), inna ją przywozi (Marcin), kilka sekund później otrzymuje zapasową oponę, moje dętki nie pasują, otrzymuję inną (Artur), szybkie pompowanie(Artur) i jedziemy dalej. To uzmysłowiło mi, że nie jestem wolnym elektronem, choć tak próbuję nim być… Przemysławie – naucz się przyjmować 🙂 Kilka minut później, po kolejnej fantastycznej pomocy…(wymiana dętki – od Karola)SAM_2102 i mkniemy na pełnej. Tu Anioł Stróż wykazał się niesamowitym refleksem: już myślałem, że podczas zjazdu wylecę  z roweru (zaczepiając krawężnik) jak Adam Małysz na mamuciej skoczni, jednak CUDEM, naprawdę cudem, na milimetry, udaje mi się nie poszybować.
Wieczorem trzygodzinny test cierpliwości  – czekamy na zgodę na nocleg i spanko. Kolejnego dnia zostaję pilnować rano rowerów i nie jestem na Mszy Świętej – jedyny raz podczas całej wyprawy, czułem ogromny brak z tego powodu.

Facebook Comments