10 Mijamy granicę i momentalnie inni ludzie: otwarci, ciekawscy, serdeczni. Czuć też dużo większy luz, Francuzi są bardzo otwarci. Tańczymy „belgijkę” na rynku, jest ogrom radości, przełamujemy się.

Na nocleg wybieramy miejsce przy miejskim jeziorku, rozkładamy namioty i … czas na imprezę 🙂 Tutaj pozwalam sobie na troszkę więcej. Winko francuskie smakuje wyśmienicie.

11 Jesteśmy w Calais, za dnia miasto martwe. Cicho, pusto. Czasem przejedzie jakiś mikrobus ze starymi Niemcami na pokładzie. Msza nad oceanem, później próba wypoczęcia na plaży. Niestety wiatr i piasek skutecznie nam to uniemożliwia. Podczas odpływu wybieram się pochodzić po wilgotniej plaży… pięknie, głębia szarości, szum fal, przestrzeń, która pozwala na zastanowienie się nad sobą: co ja tak właściwie robię? Po co?… za czym tęsknię…?

SAM_1697

12 To już Anglia (tak…trzeba płacić w funtach 🙁 ) Całkowicie inny klimat niż na kontynencie. Bardzo wilgno, deszczowo… i zielono. Po wyjeździe z Dover wita nas pagórkowaty teren, jednak widoki zapierają dech w piersiach: kręte, wąskie drogi, niezliczone pastwiska z owcami, śliczne wybrzeże. Docieramy do Brentwood, jest zimno i deszczowo. Gdy większość osób kołacze do drzwi Księdza, ja szukam już jakiegoś alternatywnego rozwiązania. Pukam do drzwi nieopodal… i widzę Piękną Kobietę. Tak wyobrażałem sobie arystokrację. Ma około 40 lat, niesamowicie czysty akcent, doskonale ubrana, bardzo dobry make-up. Pani wskazuje na klasztor urszulanek. Udajemy się tam, wchodzę i pytam się o możliwość noclegu, siostry są na początku wystraszone, nie chcą się zgodzić, nie potrafią też nas przegonić. Kulturalnie zapraszają nas na herbatkę, potem sytuacja rozwija się już dynamicznie… możemy odprawić mszę. Jest cudownie – naprawdę czuć Boże prowadzenie. Znów po Mszy świętej, cud! Siostry nagle zgadzają się na nasz nocleg, oferując wszystko co mają na miejscu. Cieszą się razem z nami jak małe dzieci. Już mam położyć się spać, jednak nie potrafię… wolę jeszcze chwile porozmawiać, wkrótce wpada Sara i Piotrek, czuję się, jakbym ich dobrze znał, a przecież przeczytałem tylko książkę z poprzedniej wyprawy. Już prawię śpię, gdy budzi mnie Górnik, prosząc o pomoc przy rozkładaniu/pakowaniu roweru Agaty. Ogromna szkoda, że musi nas opuścić. Po rozłożeniu roweru na śrubeczki, zapadam w sen.

13 Pan zawsze daje tyle, ile potrzeba, czasem potrzeba tylko cierpliwości. 🙂 Po pięknym noclegu u Sióstr, jesteśmy w trasie i… nie ma żadnego miejsca, gdzie można by było kupić jakiekolwiek jedzenie. Jednak mam(y) wałówę od Sary, która pół dnia poświęciła na jej przygotowanie. Ale to się wszystko dodaje 🙂

Mam dość mieszane uczucia, jeśli chodzi o wchodzenie do kościoła podczas Mszy. Jednak nauczony doświadczeniem, że warto słuchać Lidera (on ma naprawdę dobry kontakt z Tym u góry), pokornie wykonuje nakaz. Dalej jest już bardzo dynamicznie, okazuje się, że trafiliśmy na „swoich”. Doświadczamy polskiej gościny najwyższych lotów. Wreszcie doświadczam, tak realnie, że jesteśmy tu po coś – nie potrafię tego jeszcze nazwać – ale widzę że nasza obecność jest tu potrzebna. Resztę dnia spędzam grzebiąc przy rowerach, czuję się dziwnie po tygodniu, gdzie tak mało pomagałem.SAM_1801

Nie prowadziłem kolumny, nie wiozłem nikomu sakw – więc stwierdziłem, że chociaż tak, naprawię moje tygodniowe nieróbstwo. Ręka nadal boli. W wolnych chwilach rozmawiam z Polakami, wszyscy doświadczamy niewiarygodnej dobroci…. „dostajemy turbo jedzenie” (izotoniki, batony) na kolejne kilka dni (jest tego ogrom). Z bólem serca opuszczamy Księdza Maćka.
Po wypadku Beaty, wstyd mi za moje odruchowe nawyki szemrania, na szczęście, gdy trochę krwi wraca z nóg do mózgu, zaczynamy się razem modlić, prosić, by Beata mogła jutro jechać razem z nami, ale tak na serio! Po drodze krótka rozmowa z Polakiem pod Lidlem, która uświadamia mi, że istnieje świat, w którym można żyć godnie (finansowo). Że można własną pracą zarobić na dom, rodzinę, samochód i nie stracić na to pół życia. Naprawdę cieszę się, gdy Beata wraca ze szpitala z informacją, że jest generalnie ok. Wnoszę ją na górę po schodach, na rękach i w połowie przypominam sobie, że mam jeszcze niesprawny bark 🙂

16 Kolejny dzień do deszcz, deszcz, deszcz i chłód. Jednak czuję coś totalnie nowego. Taka przemiana. Uzmysławiam sobie, że mam totalnie „wywalone” jaka jest pogoda, że mogę być radosny mimo, że są tragiczne warunki pogodowe. Przecież to ja decyduję czy ma to wpływ na mój humor. Jadę dalej totalnie szczęśliwy, że daje radę (mam sakwy Beaty na przedzie, jadę pod wiatr, gonie grupę), a i tak jest super, bo wiem, że On się mną opiekuje, wiem, że jak robię coś dobrego, to on zawsze przy mnie jest, że da tyle, ile potrzeba. Próbuję jakoś podnieść, rozweselić przemarzniętych do cna barci pod Tesco – ale coś mi nie wychodzi. Wtedy spotykamy anioła. To czego tam doświadczamy jest bardzo pouczające. Takie niespotykane świadectwo. Mieć dużo i potrafić się tym dzielić. Piękna rodzina, otrzymaliśmy tak wiele: nocleg, pokarm, kąpiel, wygodne miejsca na spoczynek, ciepło rodzinne. Zaznaliśmy atmosfery panującej w tym domu, ale to wszystko jest mało ważne, bo dostaliśmy coś więcej, świadectwo czynienia bezinteresownego dobra z godnością.

17 Kolejny poranek to znów walka z nogami, to właśnie wtedy, przez pierwsze 30-50 km noga mi nie podaje. I jeszcze muszę gonić grupę (bo np. ściągam 2 może 3 razy kurtkę, aby mieś odpowiednią temperaturę) to morale mi mocno lecą w dół. Jeszcze się nie nauczyłem z tym radzić. ( w sensie: spokojnie, jechać swoim tempem – bez spiny).

SAM_1880

Facebook Comments