…słowo Boże oraz kazanie, skupiające się na wartości życia i zaczynamy wyprawę. Coraz większe napięcie, już nie mogę się doczekać, aż wyjedziemy. Zaraz po śniadaniu ruszamy – nagrywam to na kamerce sportowej (zgodziłem się na kamerowanie, mimo że tak na prawdę w głębi serca nie chciałem tego robić, (tutaj brak mojej asertywności) byłem przecież przygotowany na rolę ‚naprawczego’.

To, co mnie zaskoczyło, to pełen luz w grupie, gdy staliśmy w korku za tirem. Zapuściliśmy ‚będę kawalerem aż do końca świata’ i tańczyliśmy – to było niesamowite. Po drodze kupiłem sobie okulary, udzieliła mi się atmosfera chillout’u. Wjazd do Wrocławia i przejmuję kierownictwo. Rynek, zaskakujące spotkanie z Bożenką i krzyżyk, który zrobiła mi paluszkiem na czole:) – na drogę. Uzgodniłem z kamerzystą drogę, którą mamy jechać, prowadzę całą grupę (czułem odpowiedzialność, nadal walczyłem z przyzwyczajeniami ostrej, samotnej jazdy po Wrocławiu), zbyt szybko startowałem ze świateł. Pomyliłem drogę do „Biedronki” (powinienem posłuchać cichej podpowiedzi w głowie, aby podjechać do przodu jak pilot, ale stwierdziłem: „e tam” :/ Wyjechaliśmy już z Wrocławia, 170km w nogach, ludzie zaczynają szemrać: „gdzie ten sklep?”, a ja wiem, że jeszcze z 10 km. Tak, w tym momencie zacząłem rozumieć, jaki to trud prowadzić ludzi, ale gdzieś w środku byłem przekonany, że robię dobrze, wybierając właśnie tę drogę, nie najkrótszą, posłuchałem  wewnętrznego głosu. Po krótkim błądzeniu, zrobiliśmy zakupy i dostaliśmy dobrą wiadomość od Ojca: mamy nocleg. Okazało się, że będziemy spać u filmowców. Byli zdziwieni, że pojechaliśmy tą drogą. Teraz dopiero zacząłem rozumieć: tak, z pewnością to było Boże prowadzenie, a ja byłem narzędziem:). Masa radości, skoki do basenu i  trochę nie dowierzając, kładę się spać.

2

Słońce, zaczynam czuć braki snu. Nadal zwracam uwagę na to, co inni o mnie pomyślą, nie potrafię po prostu radośnie zatańczyć przed sklepem do górnikowej muzy, wciąż patrzę czy ktoś mnie nie ocenia, choćby spojrzeniem. Tego się boję. Później kąpiemy się na szybko i myślę tylko ‚wypłyń na głębię’. Mam małe obawy, czy tak rozgrzany nie dostanę jakiegoś szoku termicznego, boję się wody, kiedyś nawet byłem reanimowany po topieniu się. Zaznajemy po raz drugi Polskiej gościnności, przyjmuje nas młoda rodzina, pamiętam słowa słodkiej dziewczynki, kierowane do mamy – ‚mamo, nigdy nie widziałam tylu rowerzystów i tylu ludzi na naszej działce, powinno się być gościnnym’.

3

Widać już, że jesteśmy blisko granicy z Niemcami, przewaga samochodów z ‚D’ w rejestracjach. Przekraczamy granicę i od razu piękne drogi. Zaczynam się bardzo słabo czuć, chyba wypiłem za mało, zamiast obiadu wybieram spanie, nie ma nigdzie dużego drzewa, śpię pod jakąś małą choinką, na wypalonym piasku. Ledwo wpycham rower na górkę, zbiera mi się na wymioty. Kolejną trasę jadę na oparach, nie chcę mi się nic jeść. Zatrzymuję się, aby podnieść czyjąś Coca-colę, i potem przez 10 km próbuję dogonić kolumnę, walczę niemiłosiernie, przeklinam, warczę z wściekłości na siebie, czemu nie daję rady. Ledwo już stoję, podpieram się na kierownicy, gdy próbujemy znaleźć miejsce na nocleg. Gdy już się udaje, od razu rozbijam namiot, wskakuję do środka i zasypiam, budzę się 2 godziny później z drgawkami, cały spocony, dostaję lekarstwo i  miłe słowo od Oli, zasypiam.

4 Już podczas pierwszego dystansu przejmuję sakwy Marcina, który bierze sakwy niedomagającej Oli (polecenie Ojca). Mam pewne obawy, bo wiem, że sam jestem słaby, a nadal jest gorąco. Spotykamy się z całkowicie innym przyjęciem, gdy koczujemy pod marketami. Spojrzenia pełne zdziwienia, pogardy, niedowierzania, zaskoczenia, obojętności. Daje się odczuć, że jesteśmy trochę z innej bajki.

5 Powoli zaczynam rozumieć, czym jest szacunek dla życia: wybieraniem dobra, bezpieczeństwa drugiej osoby, rezygnacją z siebie, ze swojego czasu. Nie wyprzedzaniem, nie stwarzaniem niebezpiecznych sytuacji, ale ochroną słabszych, kosztem mojego czasu – ta refleksja naszła mnie przy obserwacji sposobu, w jaki wyprzedzali nas kierowcy samochodów. Po raz pierwszy prowadzę kolumnę rano, przez 70km, później za to pokutuję. Nie domagam na podjazdach, przeklinam, wyje z wściekłości, jadę prawie na końcu. Widzę ludzi w oddali, ale nie mam siły, aby ich dogonić. Nie mam już podręcznego cukru, a jestem na tyle (głupio) uparty, że wolę się męczyć, niż stanąć i wyciągnąć z sakw coś do jedzenia. Ratuje mnie batonikami Kuba, okazuje się, że chyba bardziej niż cukru, potrzebowałem dobrego gestu. Jest ciężko, nadal nie czuję się najlepiej. Jadę swoim tempem, gdzieś  na końcu. Każdą możliwą chwilę poświęcam na spanie, albo na chłodzenie się. Podjazdy wydają się nie mieć końca. SAM_1404

Jednak po jakimś czasie, zaczyna się pierwszy zjazd, potem drugi. Nie mogę nie spróbować wycisnąć z roweru tyle, ile się da. Zostaję celowo trochę z tyłu, aby osiągnąć niesamowite 90,1 km/h z górki. To było coś, przy 70 km/h, gdy już bardzo trzęsło rowerem, pomodliłem się chwilę do anioła stróża i jechane. Przed ostatnim etapem kupiłem glukozę w tabletkach, podzieliłem się nią i ostatni podjazd 15%, wjechałem już bez większych problemów, czułem się wreszcie trzeźwy. Ostatni odcinek znów przejechaliśmy na pełnej (ścigaliśmy się razem z Kiebułą), piękne serpentyny, składaliśmy się bardzo mocno  na zakrętach. Spotkaliśmy pierwszego polskiego Księdza. Jest, nareszcie jest spowiedź, która tak bardzo była mi potrzebna. Nie potrafiłem udać się do Ojca Tomka do spowiedzi, myślałem: dziwnie by było. U niego doświadczamy niesamowitej hojności, nie mamy czym się odpłacić, piękny człowiek.

Dzień 6

Nareszcie dobrze się wyspałem, pierwsze 10 km trzymam się grupy, jednak potem zaczyna padać. Zatrzymuję się, aby ubrać kurtkę. Potem próbuję dogonić resztę, bezskutecznie, rozbieram się. Zaczynam rozpaczliwy wyścig. Nie widzę nikogo przede mną. Myślę coraz poważniej nad rezygnacją. Nogi przestają mi podawać. Chcę mi się płakać, zaczynam łzawić. Myślałem, że będzie łatwiej. Jednak zaczynam się po cichu modlić, walczę dalej, myśli o poddaniu się odchodzą. Po dłuższej chwili widzę w oddali piękną flagę, biało-czerwoną.SAM_1606 Ignoruję ból, dociskam i znów jestem w grze, znowu czuję się silny, wszyscy jesteśmy razem. Mamy w nogach 200 km, czuję się już trochę na haju, daje nawet radę prowadzić grupę. Wreszcie Dortmund, totalny przypływ radości. Pozdrawiamy kogo się tylko da, głośnym HALO! Każdy uśmiech, który wywołujemy, daje niesamowitą satysfakcję, to napędza, to daje radość. Próbujemy dalej, wytrwale machamy, śpiewamy i tak przez 30 km w Dortmundzie. Już ochrypłem. Ale wytrwałe: halo, halo, halo…halo piątej osoby przynosi efekty. W końcu widzimy uśmiech na twarzy 🙂 Czujemy się zwycięzcami. 250 km na liczniku, godzina 21, spotykamy się z Polakami. Jesteśmy pięknie ugoszczeni, jak w domu. Msza Święta około 23, wszyscy zataczają się już jak zombie. Ale wyciskamy z siebie jeszcze siódme poty podczas śpiewu. Chwała Panu!SAM_1501

7 Niedziela, królewskie śniadanie. Cieszymy się, czym na to zasłużyliśmy? Chwilę potem Eucharystia. Dwujęzyczna, piękne są te pieśni po niemiecku. Msza naprawdę jednoczy i to jest piękne! Nieco później łzy starszych kobiet, wyściskały nas, a my nadal śpiewaliśmy 🙂 to było niesamowite, jak one cieszyły się naszą obecnością. Potem spacerek na basen, znowu za darmo. Uczę się przyjmować i jednocześnie nie czuć się głupio, tylko tak z godnością przyjąć dar. Jest tam skocznia, bardzo wysoka. Kolejny skok i kolejny. Coraz bardziej boję się tam wejść, bo wiem co czai mi się w głowie. Ryzykuję coraz bardziej. To uczucie przed skokiem jest nie do opisania. Adrenalina wzrasta, jest trochę bólu, ale to uczucie jest niesamowite. Widzę innych chłopaków robiących ewolucje, okej to teraz podwójne salto, to teraz  backflip z 10m. Powrót. Zgubiłem się z Niną, przydaje się znajomość angielskiego i podstaw niemieckiego oraz spokój oraz umiejętność uspokajania :). Potem obfity SAM_1526grill. Wieczorem jedziemy na stadion Borusii – już zamknięty, jednak pozwalają na zwiedzanie z  przewodnikiem, serio: kto mógłby zaplanować taki dzień? – tylko Bóg.

Podczas jazdy samochodem, poznaję punkt widzenia Polaka, który już od wielu lat mieszka na stałe w Niemczech. Uświadamia mi on kilka kwestii: że Niemcy – wcale nie chcą być władcami całej Europy, na jakich ich się kreuje, wizerunek Niemca rządnego ziemi to fałsz. Pod egidą niemiecką próbuje się przemycać korzystne dla konkretnej grupy wpływów ustalenia. Obecnie Rządy (państw) są kukiełkami, fasadą, sterowanymi przez wielkie korporacje. To interesy między nimi mają, tak naprawdę, znacznie i co przerażające, my na to pozwalamy, pozwoliliśmy, aby do tego doszło! Dowiedziałem się też, skąd wizerunek Polaka złodzieja – widać mnóstwo amatorów łatwego życia, trochę popracują na budowie, a potem hulają, pijaństwo, upadek moralny i bezczelne zaczepki, smutne to.

SAM_1611

czasem obraz mówi więcej niż 1000 słów

8 Kupując opony, posłużyłem się zasadą „ja wiem lepiej”. Po co słuchać doświadczonego serwisanta rowerowego, w ogóle po co słuchać kogokolwiek? – skoro ja wiem najlepiej?!, nawet Bóg się myli – ja nigdy…  Pierwszy etap spędziliśmy jadąc w deszczu, byłem bardzo uważny, nigdy wcześniej nie jeździłem na tak wąskich oponach w czasie ulewy. Gdy wyjechaliśmy spod chmurki, rozluźniłem się nieco i wpadłem na samochód bez jakiegokolwiek hamowania. Ból fizyczny był niczym w porównaniu z tym, co działo się w mojej głowie. Masa emocji: wstyd, złość, rozdrażnienie, smutek… chyba ten wypadek był mi potrzebny, abym spokorniał. Bardzo się wycofałem po tym wydarzeniu. SAM_1612Docieramy do Holandii, niesamowicie piękny kraj, zadbany, zielony, ludzie życzliwi i na takich niesamowitych szaleńców też trafiamy. What do you need? … no problem:) ‚proście a będzie wam dane’. Mam problemy ze sciągnięciem sakw, ramię uszkodzone. Śpi się też nienajlepiej.

9 W Belgii spotkałem niesamowitego kolarza, jechał z Wysp, (tutaj znowu przydała się znajomość języka) porozmawialiśmy moment o podróżowaniu – od razu chciało się jechać dalej, po niezbyt urokliwej Belgii. Dotarliśmy na wieś, jednak tutaj są bardzo strachliwi ludzie, okazało się jednak, że są jednocześnie bardzo życzliwi i pomocni. Chwila rozmowy, żartów i Pan jedzie ze mną 3 km, aby wskazać mi miejsce możliwego noclegu.

10 Mijamy granicę i nagle momentalnie inni ludzie: otwarci, ciekawscy, serdeczni. Czuć też dużo większy luz, Francuzi.SAM_1666

Facebook Comments